Asertywność okiem trenera

Asertywność okiem trenera http://www.freedigitalphotos.net/

Asertywność sprawdza się w wielu sytuacjach życiowych i bywa świetnym sposobem kształtowania satysfakcjonujących relacji. Musisz jednak pamiętać, że nie wszyscy wokół Ciebie w równym stopniu uznają Twe prawo do autonomii i samostanowienia.

Wiele lat temu, jako dziesięcioletni może dzieciak, wraz z kilkoma rówieśnikami wybrałem się do ciotki jednego z kolegów. Ciotka miała magnetowid i otrzymaliśmy zaproszenie na film „Commando”, z bogiem naszego dzieciństwa - Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej. Niestety, chwilę po tym, jak rozgościliśmy się w salonie, ciotka kolegi powzięła niezłomne postanowienie poczęstowania nas ugotowaną właśnie zupą z botwinki. „Poczęstować” to chyba zresztą nieodpowiednie słowo – po prostu nalała wszystkim dzieciakom po misce zupy, nie przyjmując do wiadomości moich stanowczych zapewnień, że nie mam ochoty na jedzenie i że podana zupa z pewnością się zmarnuje. Zupa się zmarnowała, a ja, przez wrodzone awanturnictwo i upór, siedząc obok miski ze stygnącą botwinką, projekcję ekscytującego filmu przetrwałem w atmosferze wzburzenia i niepokoju, związanego z całkiem jasnym poczuciem, że oto po raz kolejny jestem całkiem czarną owcą. Co zresztą nieznacznie dali mi odczuć moi „dobrze wychowani”, pokornie wpychający może i dobrą zupę koledzy.

Wolność jest prawem czynienia wszystkiego, co nie szkodzi innym - Karol Marks.

Takich autobiograficznych historii mógłbym opowiedzieć setki. Bunt mam we krwi i gdybym nie został psychologiem, z pewnością byłbym dziś przewodnikiem karawan na Saharze albo piratem na południowym Pacyfiku. Zresztą, kto wie…? Dorosłe życie jest jednak nieustannym kompromisem – kiedyś i mnie zaczęło zastanawiać, gdzie leżą granice cudzej ingerencji w moje sprawy i czy odmawiając spełniania zachcianek i oczekiwań naruszam czyjekolwiek dobro.

Czy pomimo, że nie znosisz kulturystyki trenujesz czasem w siłowni? Tylko dlatego, że Twoi znajomi ćwiczą? Jeżeli tak, to czy zauważyłeś, że wielu spośród nich również nie cierpi treningu siłowego? Może nawet wszyscy… Oczywiście, zamiast „siłowni”, do tego wzoru podstawić możesz jakąkolwiek inną formę zbiorowej aktywności – zakupy w markecie, spacer z narciarskimi kijkami czy pobyt w kościele. Jej rodzaj tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Chodzi mi o to, że z pewnością, Drogi Czytelniku, bierzesz czasem udział w czymś, co pod żadnym względem nie odpowiada Twoim potrzebom, planom ani zainteresowaniom. Jeśli powodem takiego stanu rzeczy jest zawsze wyższa konieczność (np. zdobywania środków na utrzymanie) – być może zjawisko asertywności wcale Cię nie zainteresuje. Jeśli jednak przyczyną jest lub bywa nadmierny wpływ otoczenia – ten artykuł napisałem właśnie dla Ciebie.

Jest całkiem sympatycznie, jeśli w wyniku zewnętrznych nacisków podejmujemy jakieś niechciane, ale nieszkodliwe czy nawet pożyteczne działanie. Tak jest pewnie w przypadku wspomnianej siłowni. Dużo gorzej, jeśli ulegając czyjejś presji inwestujemy własny czas, uczucia, zdrowie albo środki finansowe, by sprostać zupełnie nieuzasadnionym oczekiwaniom i pretensjom osób nie tolerujących odmowy, nie uznających cudzego prawa do własnych przekonań, nie rozumiejących, zda się, prostego przekazu, jaki niesie ze sobą słowo „nie”.

Nie znoszę katolickich świąt, które obchodzą wszyscy moi bliscy. Tak naprawdę nie znoszę żadnych świąt. Co więcej – wielu moich znajomych również ich nie lubi. Wyniki swobodnej sondy wśród moich przyjaciół przekonały mnie, że zwyczaj dzielenia się opłatkiem niemal każdy uważa za co najmniej uciążliwy, ale przecież: „babci byłoby przykro”. Bierzemy więc udział w zbiorowym cyrku, jakim jest wzajemne spełnianie wzajemnych oczekiwań. Za wszelką cenę.

Wspólne siedzenie przy świątecznym stole może być i często jest po prostu wynikiem chęci podtrzymania rodzinnych więzi. Wszyscy pewnie zgadzamy się co do tego, że dorosły człowiek nie zawsze robi to, na co ma ochotę. Czasami poświęca się dla czyjegoś dobra, rezygnuje z własnych ambicji na rzecz przyjaźni czy miłości, wypełnia rozmaite nieprzyjemne obowiązki. Jednak z nadmiernego ulegania presji otoczenia płyną liczne niebezpieczeństwa, natury przede wszystkim psychologicznej.

Kiedy pracowałem jako psycholog w służbie zdrowia, każdego tygodnia widziałem dziesiątki sytuacji, w których pacjent psychiatryczny w najbardziej bezczelny sposób manipulował całą swoją rodziną i otoczeniem. Wymuszał najrozmaitsze zachowania, grożąc pobiciem, podpaleniem czy samobójstwem, wyłudzał pieniądze i inne środki wykorzystując współczucie bliskich i znajomych, cynicznie lub nieświadomie grając na najwyższych uczuciach własnego otoczenia. W razie konieczności podjęcia jakiejkolwiek odpowiedzialności zazwyczaj sięgał po argument w postaci własnych, stwierdzonych przecież medycznie zaburzeń. Zaburzeni emocjonalnie pacjenci bywają mistrzami wszelkiej manipulacji, zaś opisany stan rzeczy zazwyczaj trwa przez długie lata, wyniszczając emocjonalnie wszelkie zaangażowane w sytuację osoby. Czego tym osobom brakuje?

Czy w swojej miejscowości, już przed laty, zauważyłeś może epidemię „syndromu meczu tenisowego”? Chodzi mi o panów stojących na rogu ulicy lub pod sklepem – kręcą śmiesznie głowami, w jedną i drugą stronę, jakby obserwując pasjonujący finał rozgrywek na kortach Wimbledonu. W rzeczywistości pilnie wypatrują nadchodzących osób, tak naprawdę bowiem ich głównym zajęciem jest zaczepianie znajomych i nieznajomych przechodniów: „szacuneczek, czterdzieści groszy się znajdzie?” Czy zdajesz sobie sprawę, że ci mężczyźni, od lat nie zarabiający ani grosza, są codziennie pijani do nieprzytomności? Czy zdrowy rozsądek nie podpowiada, że w nowoczesnym społeczeństwie ich obecność i zachowanie nie mają racji bytu? Ktoś jednak codziennie daje im pieniądze, w ostatecznie zebranej sumie stanowiące całkiem niezły kapitał rozrywkowy!

Niebezpieczeństwa owczego pędu. Po co nam asertywność?

Nie interesuje mnie, co jest modne a co w danym momencie dobrze widziane. Mam swoje zdanie, poglądy i przekonania, własne zainteresowania i pasje. W zasadniczej części sam planuję i realizuję też drogę swojego życia – zawodowego i prywatnego. Za wszelką cenę staram się tylko nikomu nie szkodzić, co zresztą pewnie nie zawsze mi się udaje.

Dla mnie - zdeklarowanego indywidualisty, umiejętność asertywnego zachowania jest umiejętnością wartą szczególnej uwagi. Nie zachęcam Cię do kroczenia drogą moich przekonań, bo zapewne masz swoje własne, równie sensowne i uprawnione. Poza tym – próby wpłynięcia na Twoje postawy byłyby cokolwiek nieasertywne. Jedna z najważniejszych cech zachowania asertywnego polega bowiem na tym, by dbając o własną autonomię te same prawa nadawać wszelkim innym osobom. To Ty sam, Drogi Czytelniku, musisz więc ocenić, czy umiejętność asertywnego rozwiązywania problemów w ogóle Cię interesuje. W tym artykule spróbuję przekonać Cię, że Twoją podstawową, bezdyskusyjną ludzką powinnością jest nikogo nie krzywdzić i nie działać na niczyją szkodę, sens pozostałych obowiązków można natomiast zawsze poddać krytycznej analizie.

Czy masz obowiązek zmuszać się do czynności, których wykonywanie w żadnym stopniu nie jest konieczne a pozostaje w sprzeczności z wyznawanym przez Ciebie systemem wartości? Czy masz obowiązek nosić kogokolwiek na plecach, zwłaszcza w drodze do realizacji jego idiotycznych zachcianek? Czy, mając swoje własne, musisz brać na siebie cudze zmartwienia i za wszelką cenę okazywać współczucie? Wreszcie – czy towarzyszy Ci niezdrowe przekonanie, że „większość ma zawsze rację”?

Drugą stroną medalu jest to, że niemal nikt z nas nie żyje w całkowitej izolacji. Prawie wszyscy nieustannie wchodzimy w niezliczone interakcje o charakterze interpersonalnym lub społecznym. Jeśli wierzymy w sens zespołowego działania (a nawet ja – chorobliwy indywidualista, głęboko w ten sens wierzę) musimy zdawać sobie sprawę, że sztuka nieustannego kompromisu jest podstawowym, dynamicznym spoiwem wszelkich grup ludzkich. Ten medal, jak większość psychologicznych medali, ma jednak stron znacznie więcej, niż dwie. Dlatego dokonanie ostatecznego, niełatwego wyboru należy zawsze do Ciebie. Asertywność nie może być traktowana jako środek do realizacji swoich wizji za wszelką cenę. W rzeczy samej zakłada ona, że cudze dobro jest równie ważne, jak własne, o czym szczegółowo będzie mowa poniżej.

Poprawnie rozumiana asertywność jest także odpowiedzią na wszelkie próby manipulacji, z jakimi wszyscy mamy do czynienia każdego dnia. Manipulowanie innymi jest drugą naturą człowieka. Wszyscy wywieramy na siebie wzajemny wpływ. Istnieją jednak osoby szczególnie predestynowane do wykorzystywania innych.

Jeszcze kilkanaście lat temu niezwykle powszechna była praktyka popijania w pracy. Człowiek, który ośmielał się nie pić z innymi, był poddawany rozmaitym nieprzyjemnym sankcjom a uznanie za „donosiciela” było jedną z łagodniejszych. W skrajnych przypadkach musiał szukać innego miejsca zatrudnienia, o czym opowiedzieć może wielu trzeźwiejących alkoholików, dla których umiejętność asertywnej odmowy jest z oczywistych względów umiejętnością o znaczeniu podstawowym. Ugruntowana kultura pracowniczych libacji na szczęście odeszła już do historii. Szalony kolektywizm ustąpił miejsca równie szalonemu indywidualizmowi - skutki są jeszcze jednym dowodem niebezpieczeństw, jakie niosą ze sobą wszelkie skrajności.

Wykluczenie i ostracyzm to kara, jaką grupa stosuje wobec jednostki za odstępstwo. Wie o tym każdy, kto choć raz padł ofiarą niezwykle prymitywnej odmiany kolektywizmu, wyznającego naczelną zasadę wyrażającą się w potocznie przyjętym: „jak wszyscy, to wszyscy!” W imię tej zasady nawet popełnianie aktu karygodnej, zbiorowej głupoty bywa społecznie usankcjonowane. Bo przecież w koślawo pojmowanej demokracji większość ma zawsze rację.

Nauczanie asertywności jest w pewnym sensie promocją zdrowego indywidualizmu. Daje  bowiem wiedzę, jak pozostawać sobą nawet w sytuacji, w której osoby wokół nas w sposób zupełnie bezmyślny potraciły zdrowy rozsądek, świadomość własnych wartości, przekonań i – nierzadko – również własnego, najlepiej pojętego dobra.

Zespół uszczęśliwiacza i terror emocjonalny.

Stare powiedzenie mówi, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Myślę, że w piekle znajdują się różne rodzaje bruku, ten jednak jest faktycznie wyjątkowo powszechny – ludzie, których misją jest przymusowe uszczęśliwianie innych bywają wybitnym utrapieniem wielu osób i środowisk. Dobrze wie o tym chociażby ten, kogo regularnie odwiedzają niestrudzeni domokrążcy, z przekonaniem zapowiadający kolejny koniec świata i rozdający wypełnione błyskotliwymi opowieściami o jedynie słusznej drodze do zbawienia gazetki.

Młode małżeństwo, tuż po ślubie, wprowadza się do rodziców. Takie rozwiązanie spada im z nieba – w końcu o mieszkanie nie jest tak łatwo. Bywa, że zgodne pożycie trwa długie lata, znam jednak wiele sytuacji, w których decyzja o zamieszkaniu z teściami to początek drogi krzyżowej. Teściowie wiedzą bowiem najdokładniej nie tylko jaka pielucha będzie najlepsza, a jaka najgorsza dla nowo narodzonej latorośli. Czasami znają także lekarstwo na wszelkie problemy intymne, udzielają masowych rad, przestróg i sugestii, nachodzą młodych o każdej porze dnia i nocy, usiłują kontrolować ich pocztę i małżeńskie wydatki. Troskliwie i z pełnym miłości poświęceniem zamieniają życie młodego małżeństwa w koszmar, nierzadko powodując lub przyspieszając rozpad związku.

Szczerze powiedziawszy, w konfrontacji z rozwiniętym i utrwalonym zespołem uszczęśliwiacza asertywność niewiele pomoże. Jak uczą liczne przykłady nie działa tu bowiem ani prośba, ani groźba, ani perswazja, ani pobicie. Czasami zbawienna okazuje się nieustępliwość i twarda konsekwencja od samego początku kontaktów. Jeśli jednak młodzi małżonkowie nie zorientują się w porę do czego rozwój sytuacji zmierza, chwilę później najlepiej szukać już nowego mieszkania. Jakiekolwiek wysiłki na rzecz odzyskania należnej autonomii, próby separacji od teściów czy zdrowej regulacji wzajemnych stosunków kończą się niezmiennie recitalem lamentów i pretensji pod adresem dwojga młodych niewdzięczników, tym bardziej, że „przecież to wszystko z miłości i troski”.

I wreszcie najbardziej wyrafinowana forma interpersonalnego terroru – terror emocjonalny. Wykorzystujący przede wszystkim prostą technikę „ja cię tak kocham, a ty jesteś taki(a) podły(a)…” i różne jej wariacje, jest typową taktyką działania osób zaburzonych emocjonalnie. Ta forma prześladowania bliskich bywa niezwykle skutecznym narzędziem wieloletniej manipulacji. Terror w omawianej postaci nie tylko trudno jest wykryć i udowodnić. Ma on jeszcze jedną, wielką zaletę – krzywdziciel jawi się jako bezbronna ofiara, faktyczne ofiary spędzają zaś swoje życie sprawiedliwie, demokratycznie obdzielone poczuciem winy.

W takiej sytuacji osoba zaburzona emocjonalnie (i zwykle osobowościowo) latami wykorzystuje otoczenie, przede wszystkim partnera życiowego, stosując różne formy uczuciowego szantażu. Wykonując liczne, zupełnie nieodpowiedzialne i często nieuczciwe posunięcia doprowadza w końcu partnera do szału, zarzucając mu następnie (a jakże!) skłonność do agresji i przemocy. Po stronie oprawcy typowy scenariusz spektaklu zakłada rozmaite histeryczne demonstracje (od zwykłego szlochu, po tzw. „próby samobójcze”), których treść i formę ogranicza wyłącznie jego osobista inwencja. Po stronie ofiar zaś bezradność, czasem lęk, irytację, tłumiony gniew i – ostatecznie - zazwyczaj poczucie winy. Manipulant zwykle osiąga swój cel, podczas gdy z partnera dzień po dniu radość życia uchodzi po kropli, jak krew ze źle zabezpieczonej rany. Po latach męczarni ofiara emocjonalnego terroru bywa cieniem człowieka, pozbawionym przez uczuciowego pasożyta wszelkich sił witalnych.

Wszystkie opisane przykłady zjawisk społecznych mają jeden wspólny mianownik. Jest nim bezduszna a czasami prawdziwie bezczelna manipulacja, jakiej dopuszczają się osoby nie potrafiące istnieć bez dokonywania interpersonalnych najazdów na cudze, niepodległe terytorium. Spokojna, w miarę możliwości pozbawiona cech przemocy stanowczość bywa w takich przypadkach jedyną rozsądną bronią. Poprawnie rozumiana asertywność w wielu sytuacjach może stać się największym interpersonalnym dobrem człowieka. Dlaczego wspominam o asertywności „poprawnie rozumianej”?

Wojciech Imielski Wojciech Imielski - szkolenia, doradztwo, usługi psychologiczne