Pomiędzy awanturnictwem a wyuczoną bezradnością, cz. II

Pomiędzy awanturnictwem a wyuczoną bezradnością, cz. II http://www.freedigitalphotos.net/

Już wiele lat temu zauważyłem, że upominanie się o swoje niezbywalne prawa jest w naszym kraju najprostszą drogą do uzyskania aureoli pieniacza.

Narodowa filozofia potoczna zaleca tymczasem pokorę i koncentrację na wykonywaniu obowiązków, każdy zaś sięgający po realizację własnych przywilejów śmiałek ma wielką szansę spłonąć na stosie powszechnego niezadowolenia.

Cóż więc z tego, że przepisy i wszelkie inne regulacje prawne gwarantują obywatelowi takie czy inne prawa? Osoba ośmielająca się z tych gwarancji skorzystać bardzo często naraża się na gniew wszelkich zaangażowanych w sytuację osób, co jest zjawiskiem tym bardziej nieuzasadnionym, jeśli osoby te, jak w opisanym przypadku z prokuraturą, z tytułu określonych roszczeń nie ponoszą żadnych osobistych kosztów, nakładów ani jakkolwiek rozumianych strat. W myśl pewnej narodowej tradycji nie jest dobrze walczyć o własne prawa – wprowadza to niepotrzebne zamieszanie i naraża walczącego na wszelkie przejawy nieprzychylności ze strony zwłaszcza żywych trybików biurokratycznej machiny urzędniczej.

Tzw. „błąd systemu”

Czy utrzymywanie złodziei sprawia Ci przyjemność?

W pokoleniach moich rodziców i dziadków przyjęty był zwyczaj pokornego płacenia wszelkich przychodzących rachunków, często zupełnie niezależnie od zasadności formułowanych przez instytucje i przedsiębiorstwa roszczeń. W dużej mierze wynika to chyba z zakorzenionej, zabobonnej wiary w moc papieru („…a ma pan to na piśmie…?”) i odbywa na zasadzie: „skoro przyszedł rachunek, to trzeba zapłacić, bo i tak się z nimi nie wygra, a poza tym: szkoda nerwów i zachodu…”. W wielu przypadkach oznacza to po prostu utrzymywanie zwyczajnych złodziei i naciągaczy. 

Podobne artykuły:



Swego czasu przez wiele miesięcy korzystałem z oferty pewnego dużego dostawcy usług internetowych. Z samego łącza byłem bardzo zadowolony. Co do poziomu obsługi klienta jednak… współpraca ze wspomnianym rynkowym gigantem kosztowała mnie wiele kubków melisy. W tym miejscu wspomnę o jednej tylko sytuacji . Kiedy w określonym kontraktem abonenckim terminie dokonałem rozwiązania starej i zawarłem nową umowę, mój znakomity usługodawca, całkowicie bezprawnie naliczył mi tzw. „karę umowną” w wysokości prawie stu złotych. Ponieważ nowe warunki współpracy obejmowały znacznie bardziej przystępny abonament, po podpisaniu umowy zacząłem na konto usługodawcy przelewać niższe kwoty – po kilku tygodniach stwierdzono braki na koncie i wyłączono mi dostęp do Internetu. Podjąwszy w tej sprawie telefoniczną interwencję, zostałem przeproszony i zapewniony, że wina leży całkowicie po stronie dostawcy usług. Kilkanaście godzin później mój usługodawca dobrodusznie umożliwił mi korzystanie z uroków dostępu do Sieci, przy okazji naliczywszy mi… opłatę za ponowne przyłączenie Internetu. W tym momencie nie pomogłaby nawet melisa, niewiele bowiem dzieliło mnie od prawdziwego szału. Tym bardziej, że wszelkie próby telefonicznego wyjaśnienia zaistniałych nieporozumień za pośrednictwem infolinii rutynowo ograniczały się do wysłuchiwania irytujących melodyjek i, co jakiś czas, monotonnego komunikatu: „Niestety, w tej chwili wszyscy nasi konsultanci są akurat zajęci…”. Dziwna rzecz – zauważyłem mimochodem, że jeśli wybiorę numer do biura sprzedaży usług, natychmiast zgłasza się całkiem uprzejmy i całkiem żywy konsultant! 


Poświęciłem jeden wieczór i starannie przygotowałem odpowiednie pismo do komórki w rzeczonej firmie zajmującej się obsługą reklamacji. W liście, z wykorzystaniem kopii faktur, umowy i paru innych dokumentów przedstawiłem dość szczegółowy zarys sytuacji. Pismo zawierało także ostrzeżenie, że w przypadku, jeśli firma dostarczająca Internet nie odstąpi od obecnych lub popełnieni jakiekolwiek dalsze nadużycia finansowe, sprawę niezwłocznie skieruję do prokuratury.   

W ciągu kilku dni mój usługodawca całkiem ochoczo zrezygnował z wszelkich roszczeń, zaś wydział reklamacji uszczęśliwił mnie wyjątkowo przyjaznym, zawierającym uprzejme przeprosiny listem. Sformułowane przez odpowiedzialną za obsługę reklamacji osobę wytłumaczenie zaistniałych nieporozumień niespecjalnie mnie zaskoczyło   – wszystkiemu winien był, rzecz jasna, tzw. „błąd systemu”. Wszelakie „błędy” rozmaitych „systemów” stanowią wytłumaczenie równie uniwersalne, co biurowa, legendarna już formułka: „przykro mi, ale wszystkie decyzje są na razie wstrzymane” kierowana do osób zbyt natrętnie poszukujących zatrudnienia.       

Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ śmiem sądzić, że każdego roku ogromne kwoty pieniędzy przepadają w trudnej do precyzyjnego określenia toni zupełnie bezprawnych finansowych pretensji.       Mój były dostawca Internetu to firma obsługująca kilka milionów abonentów. Każdego z nich wystarczy co miesiąc naciągnąć na 10 groszy, by dysponować całkiem pokaźnym dochodem z tzw. „szarej strefy”.

Nie przepadam za pisaniem urzędowych pism i znam kilka przyjemniejszych sposobów spędzania wolnego czasu, niż literackie popisy w walce o swoje podstawowe prawa lub w obronie przed oczywistymi nadużyciami. Zawsze wolę się też dogadać, niż czytywać czyjekolwiek przeprosiny.  Jeśli jednak nie pozwalając się okradać jestem pieniaczem, to w gruncie rzeczy pragnę nim pozostać. Kierując się babciną filozofią płatniczą nie mógłbym nawet wiedzieć, że zupełnie dobrowolnie zaspokajam czyjeś bezpodstawne roszczenia, bo co do ich bezpodstawności upewniłem się tak naprawdę wówczas, kiedy już od nich odstąpiono. Nie wiedziałbym też, że może nawet (kto wie?) szczodrze i wspaniałomyślnie finansuję czyjeś egzotyczne wczasy. 

Kim jest prawdziwy pieniacz? O drugiej stronie medalu

We własnej psychologicznej praktyce sądowej spotkałem najróżniejsze międzyludzkie sytuacje sporne. Częstym tematem potocznych żartów są tzw. „sprawy o miedzę” a postępowania tego rodzaju są chyba głównym sądowym chlebem powszednim. Bez wątpienia najbardziej idiotyczną sprawą, z jaką się zetknąłem, był spór o porysowany słupek graniczny – rolnik, jadąc ciągnikiem, uszkodził betonowy znak geodezyjny na posesji sąsiada (słupek wystawał ponad trawę jakieś 5 cm a uszkodzenie, widoczne na zawartych w materiale dowodowym zdjęciach miało postać rys na szarej, betonowej jego powierzchni). Sprawa ciągnęła się lat kilka i musiał w niej, rzecz jasna, opiniować psycholog.  Dużo częściej procesy takie dotyczą kłótni i wzajemnych pogróżek: ktoś kopnął kogoś w tyłek, ktoś inny krzyknął, że mu pokaże – to wystarczający powód, by prowadzić wieloletni i często kilkupokoleniowy spór przed obliczem sądu.

Znałem osoby, których głównym życiowym zajęciem było wszczynanie najróżniejszych przewodów sądowych, przeciwko sąsiadom, członkom rodziny, a także – bardzo często – przeciwko rozmaitym instytucjom publicznym. Pamiętam całe rodziny specjalizujące się w prowadzeniu sporów o najbardziej błahe dobra czy idee. Nader często uczestnikami takich postępowań bywają stali pacjenci oddziałów i szpitali psychiatrycznych.

Podobne artykuły:

Wojciech Imielski - szkolenia, doradztwo, usługi psychologiczne Wojciech Imielski