Zaręczyny w 3 aktach – organizacja wyjątkowych wydarzeń

Zaręczyny w 3 aktach – organizacja wyjątkowych wydarzeń Image courtesy of hin255/FreeDigitalPhotos.net

Miesiąc temu NoBo miało przyjemność organizować wydarzenie wyjątkowe i niepowtarzalne, inne niż wszystko co dotychczas robiliśmy – zaręczyny. A że miały być to zaręczyny jakich świat nie widział, wyzwanie było ogromne.

Zaczęło się od niewinnego pomysłu, a skończyło na skomplikowanym przedsięwzięciu, trwającym – łącznie z przygotowaniami – kilka tygodni, w które zaangażowane było w sumie dziewięciu osób. I jak się okazało każda z nich bawiła się równie dobrze, co dwójka głównych aktorów tego dnia.

  • Osoby dramatu
    Monika
    – niczego nie podejrzewająca przyszła panna młoda
    Paweł – pomysłowy i romantyczny dżentelmen z pierścionkiem
    Monika – fotografka, specjalizująca się w kobiecych i zmysłowych sesjach
    Asia – asystentka fotografki
    Filip – stażysta NoBo, odgrywający tego wieczoru rolę studenta dziennikarstwa
    Pan Janusz – saksofonista, odgrywający tego wieczoru rolę gospodarza budynku (tzw. ciecia)
    Marcelina – stażystka NoBo, czuwająca nad rekwizytami i agendą
    Pan kapitan – sternik gondoli
    Paweł, czyli ja – „mózg” operacji

zaręczyny fot. Monika Stachura

Paweł i Monika

Prolog – telefon i spotkanie

Z Pawłem spotkaliśmy się na siłowni. Wcześniej mówił, że ma ważną sprawę, nie na telefon. Zaczynałem już zastanawiać się, czym mogłem zajść mu za skórę i czy na tejże siłowni nie bywają kelnerzy od Sowy. Powód spotkania okazał się jednak nieco inny, choć zaskakujący. Pawła znam od blisko dziesięciu lat, wiele razem przeszliśmy, a kiedyś powiedziałem mu, że sukcesy, których mu brakuje, to anoreksja i miłość. Pierwsze póki co mu nie grozi, ale drugie właśnie odnalazł. No i potrzebował tę miłość wyrazić w postaci wyjątkowych zaręczyn.

Akt I – Pomysł

Paweł postanowił zrobić swojej wybrance prezent i zafundował jej sesję fotograficzną. Szybko skojarzył, że może być to dobry pretekst i wstęp do zaręczyn, i wtedy właśnie poprosił mnie o pomoc w zorganizowaniu wszystkiego.

zaręczyny fot. Monika Stachura

TAK !

Mi już od lat chodził po głowie dach. Zazwyczaj jest odwrotnie, tzn. to po dachu się chodzi i to stopami, ew. na czworaka, ale gdybym miał takie podejście do życia, to z Pawłem pewnie nigdy byśmy się nie zaprzyjaźnili. Zaczęło się kombinowanie: trzeba znaleźć w Warszawie jakiś wysoki dach z pięknym widokiem, na który można się dostać – sesja fotograficzna może się przecież zakończyć w plenerze, a dach to chyba niezły plener. Tam powinno coś się dziać…stolik, świeczki i stereo… Nie! Prawdziwy muzyk. Skrzypce, gitara – trochę ckliwe. Saksofon! O tak!!! Tylko, jak wprowadzić trzy dziewczyny i saksofonistę na dach, żeby Monika nic nie podejrzewała? Saksofonista będzie gospodarzem domu – musi przecież wejść z nimi, żeby pilnować porządku. Mamy to!

Kolejne wyzwanie – jest Filip, który kręci świetne filmy – czemu nie nagrać tych zaręczyn… Im wcześniej zacznie kręcić, tym lepiej, ale jak wprowadzić go na sesję fotograficzną bez podejrzeń? Dobra, Filip będzie studentem dziennikarstwa, który na zaliczenie ma przygotować reportaż o osobie wykonującej ciekawą pracę – o fotografce Monice. Voila!

A na koniec dołożyliśmy jeszcze oryginalny szampan Dom Perignon i romantyczny rejs gondolą po Wiśle – jak się bawić, to z przytupem!

Akt II – Planowanie

Przygotowania zaczęły się na ok. trzy tygodnie przed „dniem 0″. Spotykaliśmy się z Pawłem i kreśliliśmy scenariusz, krok po kroku. O której, kto, dlaczego… Jak sprawić, żeby Monika niczego się nie spodziewała? Gdzie znajdziemy dobry dach? Skąd wziąć saksofonistę, który tam wejdzie i jeszcze zagra – oprócz jazzu – rolę ciecia? No i równie ważna kwestia – jaka będzie pogoda?

zaręczyny fot. Monika Stachura

Wejście na pokład

Kiedy jednak robi się ciekawe rzeczy z właściwymi osobami, to wszystko nagle zaczyna się układać. Ja nazywam to chemią, inni „FLOW”, a jeszcze inni przeznaczeniem. Jak zwał, tak zwał, ale działa! Dach się znalazł, saksofonista też, wszystko zaczęło się układać w całość. Choć Paweł jeszcze tydzień wcześniej stwierdził, że póki co tego nie czuje, a ja miałem rękę w gipsie, to zapowiadało się co najmniej niecodziennie.

Dzień przed zaręczynami spotkaliśmy się z Pawłem i Filipem na odprawie. Powtórzyliśmy scenariusz, rozdzieliliśmy zadania, ustaliliśmy sposób komunikowania się, stworzyliśmy plan awaryjny na wypadek kłopotów. A Paweł po raz setny sprawdził prognozę pogody i stwierdził, że wszystko jest możliwe. Paweł z Filipem pojechali jeszcze do fotografki Moniki, aby ta miała okazję przynajmniej poznać wcześniej Filipa – „studenta dziennikarstwa”, który przecież umówił się z nią na wywiad następnego dnia.

Akt III – Wyjątkowy dzień

Parafrazując kapitana Benjamina Willarda z „Czasu Apokalipsy” mogę stwierdzić: „Uwielbiam zapach dobrego eventu o poranku”. Kiedy tego dnia wstałem, byłem w specyficznym stanie umysłu. Mimo stresu i adrenaliny, wszystko zaczęło wyraźnie układać mi się w głowie. Kto ma co zrobić, w jakim momencie, co zabrać, co komu powiedzieć, o której godzinie każda czynność musi być wykonana, żeby spokojnie przygotować miejsce dla kolejnej. W takich chwilach wiem, dlaczego zajmuję się eventami. To jest instynkt. Uwielbiam to!

zaręczyny fot. Monika Stachura

Najważniejszy rekwizyt – nie zapomnieć!

Monika, niczego się nie spodziewając, zabrała kilkanaście sukienek i Paweł zawiózł ją na sesję zdjęciową. U mnie w lodówce chłodził się już Dom Perignon (kiedy wkładałem go tam poprzedniego wieczora, moja jedyna sprawna wtedy ręka wyraźnie drżała). Spisałem na kartce wszystko, o czym należy pamiętać, numery telefonów, kody do budynku itp. Filip miał przyjść na sesję ok. 16:00 i informować nas sms’ami o jej przebiegu. O 17:00 dziewczyny i Filip mieli udać się do Parku Skaryszewskiego na pierwszy plener, a potem o 19:00 na dach.

W tym czasie Marcelina, Paweł i ja spotkaliśmy się u mnie. Marcelina wypolerowała kieliszki do szampana, wypróbowaliśmy opaskę na oczy, którą Monika miała mieć je zasłonięte podczas przemieszczenia się z dachu do gondoli, sprawdziliśmy, czy wszystko spakowaliśmy. O 18:00 pojechaliśmy pod budynek z dachem, gdzie czekał już saksofonista/„gospodarz domu”. Wprowadziliśmy go szybko w scenariusz, nauczyliśmy kodów do drzwi, ukryliśmy saksofon i szampana za kominem na dachu. Paweł i ja schowaliśmy się w pobliskiej kawiarni, pan Janusz czekał pod budynkiem, a Marcelina (jako, że nikt z zainteresowanych jej nie zna) została łączniczką i miała reagować na ew. problemy – Paweł ani ja nie mogliśmy się kręcić wokół, bo Monika nas zna.

Największym wyzwaniem było wejście całej grupy na dach. Czy nikt nie zadzwoni po policję, czy prawdziwy gospodarz domu nie będzie stwarzał problemów, czy trzy dziewczyny dadzą radę wspiąć się po krótkiej, ale stromej drabinie… ? Poszło jednak gładko. Od 18:00 Filip co pięć minut wysyłał mi sms z ich aktualną lokalizacją. My wypiliśmy jeszcze na spokojnie kawę i porozmawialiśmy o miłości i o tym, dlaczego ludzie właściwie się zaręczają

zaręczyny fot. Monika Stachura

Zespół NoBo: Paweł, Filip i Marcelina

O 19:10 Filip przysłał kolejny sms: „za 4 min będziemy”. Po kilku chwilach Marcelina napisała, że wszyscy bez problemów weszli na dach. Paweł, Marcelina i ja poszliśmy schodami na górę i stanęliśmy pod otworem dachowym, nasłuchując. Sygnałem do wejścia Pawła z pierścionkiem miał być saksofon. Jeszcze ostatnie poklepywanie po plecach i jest… pan Janusz zaczyna grać. Paweł wchodzi na dach, klęka, zadaje TO pytanie. TAK, TAK, TAK…i to bez wahania. Ja odetchnąłem z ulgą już kilka minut wcześniej, kiedy wszyscy znaleźli się na dachu. Od tamtego momentu nic już nie mogło nas zatrzymać.

Taniec, objęcia, szampan, sąsiedzi w oknach, zdjęcia, film, muzyka… tamtej chwili aż nie chciało się przerywać. Każdy miał ogromny uśmiech na twarzy. Ciekawe, jak Monika opowiada ze swojej perspektywy, że kiedy zobaczyła Pawła wychylającego się wtedy z otworu dachowego we fraku, to pomyślała, że wyrzucili go z pracy

zaręczyny fot. Monika Stachura

Spacer w nieznane

Następnie całą gromadą zeszliśmy z dachu, Paweł zawiązał Monice oczy i pojechaliśmy nad Wisłę, gdzie już czekała zamówiona gondola. Paweł jeszcze prowadził Monikę przez różne przeszkody, żeby nie wiedziała gdzie i po co idzie. Kiedy cała nasza ósemka i pan sternik znaleźliśmy się na łódce, Paweł zdjął Monice opaskę z oczu. Przez kolejną godzinę, najpierw o zachodzie słońca, a potem w blasku księżyca, podziwialiśmy Warszawę przy akompaniamencie saksofonu, błyskach fleszy i w romantycznym nastroju.

Dla takich dni po prostu warto żyć

PS. Ciąg dalszy nastąpi. Wkrótce opublikujemy film Filipa z tego wydarzenia. Jest na co czekać… 

NoBo Eventy Paweł Grzybowski