Dobra fota na lata

Dobra fota na lata http://www.freedigitalphotos.net

Płacić i pstrykać, płacić i pstrykać. Dajmy sobie szansę i nie żałujmy na dobrych pstrykaczy!

Między fotografowaniem a zakupami zachodzi ciekawe podobieństwo. Otóż w obu przypadkach mamy do czynienia z szukaniem, a właściwie czyhaniem na coś, zwieńczonym krótkim i przyjemnym działaniem, odpowiednio: strzeleniem zdjęcia albo dokonaniem zakupu. Aura towarzysząca robieniu zdjęć i specyficzny klimat wytwarzany przez (jakże liczne) osoby oddające się pasji fotograficznej ma w sobie coś bardzo obiecującego i ponętnego z punktu widzenia marketingu. Chciałbym się dziś zastanowić, jak mają się do siebie te dwie rzeczywistości: fotograficzna i rynkowa.

Reklama a zdjęcie

Wypada zacząć od prostej konstatacji, że klasyczna reklama w swej najbardziej paradygmatycznej postaci opiera się na dobrym zdjęciu. Studio i sesja fotograficzna to niemalże matecznik reklamy i początek marketingowego sukcesu. Nic, co nie zostało dobrze sfotografowane, nie istnieje publicznie, a więc również nie istnieje na rynku. Co zaś wygląda pięknie na zdjęciu, staje się przedmiotem pożądania – czy będzie to człowiek, czy produkt. Zdjęcie jest też podstawą wszelkiej bardziej złożonej komunikacji marketingowej, łącznie z filmem reklamowym, który z reguły od strony estetycznej jest rozwinięciem ujęcia fotograficznego. Doprawdy trudno spotkać komunikat marketingowy, a więc informację bądź reklamę, w której nie byłoby elementu fotograficznego. No, chyba że w radiu.

Dziś każdy jest po trosze fotografem. Z aparatem w telefonie odczuwamy nieustającą gotowość do robienia zdjęć, podświadomie wyczekując na ciekawy kadr, w którym moglibyśmy zatrzymać coś niezwykłego, w czym zdarzyło się nam uczestniczyć, choćby jako świadek, i czym moglibyśmy się pochwalić przed innymi. Popatrz, jaką mam fotę! Jesteśmy łowcami ujęć – prawie jak prawdziwi fotograficy. Naszymi trofeami są zdjęcia miejsc i ludzi. Efektowne budynki, zachody słońca, pejzaże, śmieszne bądź straszne zdarzenia, piękne twarze. Czasami dopiero odruch sięgania po aparat podpowiada nam, że coś zrobiło na nas wrażenie.

A gdy już zrobimy zdjęcie, nachodzi nas pragnienie, by pokazać je innym. Chcemy się pochwalić, że gdzieś byliśmy, coś widzieliśmy i w dodatku udało się nam to uchwycić. Pragniemy też podzielić się z innymi swoimi przeżyciami i chyba jest to sympatyczna cecha ludzkiej natury. Na szczęście mamy wiele sposobów, by dotrzeć z naszymi zdjęciami do bliźnich. Całe mnóstwo internetowych albumów, serwisów fotograficznych i społecznościowych, e-maile, MMS-y itp. Dzieląc się swoimi zdjęciami, włączamy się w cały kosmos fotogramów udostępnionych przez ludzkość ludzkości i w wielkie ogólnoludzkie i nieustające ich przeglądanie. Na sto różnych sposobów stykamy się ze zdjęciami, amatorskimi i profesjonalnymi (a różnica między nimi wciąż się zaciera), i wcale nas nie razi, gdy spotykamy wśród nich zdjęcia reklamowe bądź wizerunki produktów. Ba, czasami specjalnie wypatrujemy takich zdjęć, bo przecież należą do najpiękniejszych. Czyż w poszukiwaniu pięknych ciał nie jest całkiem rozsądnie oddać się przeglądaniu właśnie fotek reklamowych?

Aż się prosi, by w miejscach, gdzie ludzie szukają zdjęć, podrzucić coś, co ma związek z naszymi produktami i marką. Niech sam nas znajdzie i odkryje. Niech ma tę satysfakcję, że to nie mu się mu narzucamy, lecz sam, autonomicznie uznał nas za godnych uwagi. Wartość spotkania konsumenta z naszymi zdjęciami polega właśnie na tym, że jest to spotkanie całkowicie dobrowolne i by tak rzec idealistyczne. Produkt nie jest tu oczywiście na pierwszym planie, lecz raczej w tle estetycznych walorów zdjęcia. Niemniej jednak jest obecny i ma szansę zebrać premię za doświadczenie piękna, które podarowaliśmy potencjalnemu konsumentowi.

Marketing a zdjęcie

Fotograficy, także ci amatorscy, uwielbiają rozmawiać o zdjęciach i się nimi wymieniać. Marzenie marketingu: wrzucić piękne zdjęcia z logo naszej marki lub z naszym małym product placement, by potem odnaleźć je we własnym prywatnym strumieniu FB. I właśnie do tego trzeba dążyć. Koneserskie zdjęcie zawsze gdzieś wypłynie i popłynie na fali. Każdy, kto fotografuje, wie, że świetna fota się obroni. Jaki stąd wniosek? Prosty. Trzeba zainwestować w świetnego fotografika. Jestem przekonany, że każdy tysiąc wydany na zdjęcia do naszych materiałów zwróci się wielokrotnie. Byle by tylko znaleźć prawdziwego mistrza. Nie jest to łatwe, bo artysta niechętnie bierze fuchy z biznesu. Dlatego większość firm zadowala się zleceniem zdjęć agencji reklamowej, która robi photoshopowane słodziaki w sam raz pod prezesa. Tymczasem „fotograficzny target”, czyli ludzie, których serca mamy podbić za pomocą zdjęć („przez zdjęcia do serca klienta!”), ma inną wrażliwość niż zwykły odbiorca reklamy czy gazetki. On chce wierzyć, że ma wyższy zmysł estetyczny, a czasami ma go przecież naprawdę. Nie wystarczą mu białe zęby, brązowe dekolty i wód lazur. Oczekuje artyzmu, dowcipu, niezwykłości. A to wszystko może dać tylko artysta. Wiem z własnego doświadczenia, że najlepsze zdjęcia mogą być nawet brzydkie. Najbardziej chodliwe zdjęcie mojej facjaty przedstawia mnie paskudnie, lecz wielce artystycznie. Ja się nie podobam, ale zdjęcie się podoba! Z produktem może być tak samo. Na dobrym zdjęciu, zapisującym się trwale wraz z naszą marką w pamięci odbiorcy, elementy marketingowe, a więc wizerunek produktu lub logo marki, wcale nie muszą prezentować się korzystnie, w potocznym znaczeniu. Mogą być uwikłane w kontekst intrygujący, niepokojący – byle tylko ich oglądaniu towarzyszyło przeżycie estetyczne. To coś znacznie ważniejszego i silniejszego, niż dobre skojarzenie.

Szukając dowodów na słuszność swoich intuicji, obejrzałem zdjęcia kilkudziesięciu na chybił trafił wybranych marek. Oczywiście zacząłem od bieliźniarskich, co, mam nadzieję, zechcecie mi wybaczyć (zresztą nic tam nie znalazłem). Potem oglądałem najrozmaitsze branże techniczne, produkty spożywcze, turystykę. Wynik tego miłego i nietrudnego researchu był bardziej niż satysfakcjonujący. Wielkie marki mają w swych zasobach zdjęcia tak piękne lub tak intrygujące, że chciałoby się natychmiast powiesić je na ścianę, a co najmniej skopiować (co też skwapliwie uczyniłem). Śledztwo dotyczące losów wybranych cud-fotek również dało ciekawe wyniki. Wpisując do wyszukiwarki towarzyszące im napisy, znalazłem wiele nieoczekiwanych miejsc, gdzie zostały wklejone po prostu dlatego, że są świetne.

Liczba zdjęć udostępnianych w sieci rośnie lawinowo. Jest w ludziach jakieś pragnienie pokazywania się, jakiś dziwny ekshibicjonizm. Wszyscy wołają „tu jestem!”, pokazując swoje facjaty (i nie tylko) bądź chwaląc się swoimi zdjęciami. Zaspokoić tę niewinną potrzebę pozwalają coraz to nowe portale służące do ekspozycji fotografii. Sądzę, że marketing powinien tam często zaglądać. W tych kaskadach zdjęć przelewających się przez glob za pośrednictwem wszelkiego rodzaju mediów to tu, to tam powinien wypływać nasz zdjęciowy hit. Jeśli już raz dostanie się do obiegu, ma szansę istnieć w nim wiele lat. Pomyślcie, ile wielkich zdjęć zachowujecie w pamięci? Co najmniej dziesiątki, jeśli nie setki. A czy są w nich zdjęcia reklamowe? Oczywiście! A niektóre nawet przedwojenne. Mieć taką fotkę w swoim portfelu marketingowych czarów to rzecz bezcenna. Takie zdjęcie, które samo dla siebie jest marką. Tylko skąd je wziąć? To jasne – płacić i pstrykać, płacić i pstrykać. Dajmy sobie szansę i nie żałujmy na dobrych „pstrykaczy”!



Jan Hartman, profesor, filozof, wydawca i publicysta. Kierownik Zakładu Filozofii i Bioetyki Collegium Medicum UJ. Autor książki „Widzialna ręka rynku”.
j.hartman@iphils.uj.edu.pl

Podobne artykuły:

Podobne artykuły:


Jan Hartman Marketing w Praktyce