E-biznes. Nowa gospodarka

E-biznes. Nowa gospodarka Image courtesy of nikorn/FreeDigitalPhotos.net

Nowoczesne technologie teleinformatyczne zmieniają otaczający nas świat w zawrotnym tempie. Zmiany dotyczą wszystkich dziedzin naszego życia: pracy, nauki, robienia zakupów, stosunków społecznych, prowadzenia interesów, a nawet religii.

Książka ta ma za zadanie przybliżyć czytelnikowi najważniejsze zagadnienia, które unaoczniają transformację procesów gospodarczych i społecznych wciągu ostatnich lat. Książka stanowi przewodnik dla wszystkich, których fascynuje wirtualna rzeczywistość.

Nowa gospodarka, nowy świat

Rzeczywistość, która jest nam coraz bliższa, stając się codziennością. Czytelnik dowie się więc, co to jest e-learning, telepraca, elektroniczny podpis, outernet, technologie mobilne, GPS, VoIP. Autor stara się przybliżyć czytelnikowi najważniejsze zagadnienia, które przedstawiają transformację procesów gospodarczych i społecznych w ciągu ostatnich dwóch lat. Czytelnik znajdzie tu dużo informacji dotyczących rynku polskiego, a w szczególności dane o firmach, które dobrze funkcjonują w nowej rzeczywistości gospodarczej.

Na globalnym rynku nie ma miejsca na monopole. Omnipotencja ICANN jest solą w oku wielu korporacji. Buntują się także operatorzy narodowych domen. Jaki kształt przybierze internet w następnej fazie?

Globalna siatka

Na początku sierpnia 2001 r. IBM ogłosił, że prowadzi zaawansowane prace nad technologią, która w najbliższym czasie pozwoli zrobić kolejny krok na drodze rozwoju internetu. Rewolucyjna technologia określana jest jako "grid vision". Owa "wizja siatki" opiera się na założeniu, że każdy komputer domowy sprzężony z innymi tego typu maszynami może stać się superkomputerem o nieograniczonej mocy.

Temat podchwycili publicyści "The New York Times", którzy zaczęli od spekulacji na temat zaangażowania finansowego w przedsięwzięcie. IBM milczy na temat środków przeznaczonych na badania, ale dziennikarzom udało się ustalić, że może być to kwota porównywalna z wcześniejszym wsparciem dla producenta systemu operacyjnego Linux. W grę wchodzi więc ok. miliarda dolarów. - Szefem projektu jest Irving Wladawsky-Berger - pisze Steve Lohr na łamach NYT -prace prowadzone są w USA, w Wielkiej Brytanii oraz w Holandii.

Obecnie internet wykorzystywany jest głównie jako środek komunikacji poprzez www, pocztę elektroniczną, która pozwala na transmisję tekstu, obrazu oraz muzyki. Idea siatki jest bardziej ambitna. - Liczymy, że www stanie się motorem informacji, a w dalszej perspektywie czasowej będzie to mechanizm rozwiązujący problemy społeczne - przyznaje Ken Kenedy, profesor Rice University.

Marzenia o energii płynącej z komputera, która okaże się czymś na kształt elektryczności, mają swój początek w latach 50. Początkowo były to eksperymenty prowadzone w Massachusetts Instittute of Technology pod hasłem sprzężenia człowieka z maszyną. Potem nastąpiła eksplozja badań nad sztuczną inteligencją, sieciami neuronowymi, chaosem.

Jednak najbardziej znaną technologią siatki jest program SETI@home. Od 1999 r. za pomocą aplikacji łączącej miliony domowych komputerów naukowcy szukają śladów inteligencji pozaziemskiej.

Rząd czy korporacje?

W cieniu Ester Dyson

ICANN (Internet Corporation for Assigned Names and Numbers) to organizacja, która standaryzuje system teleinformatyczny obejmujący kulę ziemską. ICANN trzyma w ręku całą sieć. Zarządza wszystkimi adresami i numerami IP. Centrala danych oparta jest na Root Server A, urządzeniu ulokowanym w miejscowości Herndon w Wiginii, niedaleko Waszyngtonu. 9 pomocniczych serwerów ulokowanych jest w USA, a po jednym w Wielkiej Brytanii, Niemczech oraz w Japonii.

Nic dziwnego, że o wpływy w ICANN walczą rządy i korporacje całego świata. Przez lata, za kadencji Billa Clintona, na czele tej organizacji stała nieugięta Ester Dyson. - Rząd amerykański dąży do kontroli szyfrowania informacji w internecie. Rząd dąży do tego, aby kontrolować obywateli swego kraju - grzmiała pani Dyson na II Forum Teleinformatyki w Legionowie w 1996 r.

Ta ekscentryczna przywódczyni, ubrana zwykle w dżinsy i adidasy, została sklasyfikowana przez prestiżowy miesięcznik "Forbes" na 86. miejscu wśród 100 najbardziej wpływowych osobistości współczesnego świata. Celem Dyson było zachowanie niezależności ICANN oraz kontrolowanie poczynań organizacji przez samych internautów.To od niej pochodził prawdopodobnie pomysł przeprowadzenia internetowych wyborów w ICANN, które miały wyłonić dyrektorów współpracujących z przedstawicielami branży przemysłowej i technicznej. Słowem, chodziło o wybranie swoistego rządu internetu głosami użytkowników sieci.

Dyson uchodziła za bardzo skutecznego menedżera i wciąż ma wpływy w ICANN. Do historii przeszła jej batalia przeciwko próbie opodatkowania rejestracji domen internetowych (dolar od domeny) podjętej przez państwową administrację. Ostatecznie fiskus wycofał się ze swoich roszczeń wobec tej niedochodowej organizacji (taki status prawny posiada ICANN).

Obecnie Dyson zasiada w zarządach wielu dotcomów, np. Edventure Holding czy Real User, nieustannie prowadząc walkę o niezależność internetu. Ostatnio głośny był protest Dyson w sprawie nowego systemu operacyjnego Windows XP. Biznesplan Microsoftu zakładał identyfikowanie użytkowników programu na podstawie danych osobowych. Baza z danymi miałaby się znaleźć na serwerach korporacji. Nietrudno domyśleć się, że Dyson publicznie sprzeciwiała się pomysłom pracowników Billa Gatesa, oskarżając korporację o niejasne intencje.

Wielka niewiadoma

Wrogowie internetu

Od 1999 r. organizacja Dziennikarze Bez Granic (Reporters Sans Frontiers - www. rsf.fr) publikuje doroczny raport "Wrogowie internetu". Według doniesień dziennikarzy aż 45 krajów ogranicza dostęp do sieci swoim obywatelom poprzez np. zmuszanie do korzystania z usług państwowych dostawców internetu (ISP).

20 krajów można uznać za rzeczywistych przeciwników www. Pod pretekstem "ochrony społeczeństwa" lub "jedności i bezpieczeństwa narodowego" rządy zakazują nieograniczonego dostępu do zasobów internetu. Do innych przejawów ingerencji w działania użytkowników komputerów należy zakładanie filtrów blokujących dostęp do określonych serwisów uznanych przez oficjalne autorytety za nieodpowiednie czy wręcz szkodliwe.

Według dziennikarzy z RSF autorytarne reżimy boją się korzystania przez obywateli z wolności słowa, co mogłoby zagrozić pozycji rządzących. Jednak takie działania przynoszą wymierne straty tym państwom, uniemożliwiając im rozwój ekonomiczny poprzez uczestnictwo w handlu online oraz wymianie technologii oraz myśli naukowej.

Wśród niechlubnej dwudziestki możemy odnaleźć Azerbejdżan, Kazachstan, Kirgizję, Tadżykistan, Turkmenię, Uzbekistan, Białoruś, Birmę, Chiny, Kubę, Iran, Irak, Libię, Koreę Północną, Arabię Saudyjską, Sierra Leone, Sudan, Syrię, Tunezję i Wietnam.

W sąsiedniej Białorusi towarzysz Aleksander Łukaszenka oferuje poddanym sieciowy akces przez jedynego operatora Belpak należącego oczywiście do państwa.

W Birmie cenzura jest totalna. Każdy posiadacz komputera musi zgłosić ten fakt administracji. Zapominalskim grozi 15 lat więzienia.

Na Kubie legalne są tylko strony oficjalnych agencji informacyjnych. Fidel Castro bezwzględnie karze wszelkie odstępstwa.

W Iraku, na skutek obowiązującego przez długie lata embarga, poza ministerstwami niewielu ludzi posiada komputery. Bagdad nie ma bezpośredniego dostępu do internetu. Najbliższe serwery znajdują się w Jordanii.

W Libii na kontakt ze światem pod żadną postacią nie zezwala swoim wyznawcom pułkownik Kadafii.

Rewolucja komunistyczna odcięła od świata Koreę Północną. Oficjalne strony państwowe umieszczone są na serwerach w Japonii.

W Tunezji internet to biznes rodzinny. Jedną z dwóch firm typu ISP zarządza córka prezydenta Ben Ali"ego.

Natomiast w Wietnamie trzeba starać się o specjalne pozwolenie na przeglądanie www wydawane przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.

Usuń cyberdysydenta

To niewiarygodne, jak skutecznie reżimowi Jainga Zemina udaje się utrzymać w ryzach 1,26 mld Chińczyków. Oficjalną liczbę internautów w tym kraju szacuje się na 22,5 mln, ale populacja użytkowników sieci podwaja się co roku. Analogiczna zależność obejmuje strony www. Na początku tego roku było ich 60 tys. W Chinach istnieje 200 firm oferujących dostęp do internetu. Ponad 122 tys. domen jest zarejestrowanych z lokalną końcówką cn. Około 900 tys. komputerów ma dostęp do sieci.

Rząd prowadzi zajadłą walkę z cyberdysydentami. Wirtualny Chiński Mur jest budowany wspólnie przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwa. Ponieważ rozwój sieci w Azji jest dynamiczny i państwo nie jest w stanie kontrolować milionów e-maili, które okrążają kraj każdego dnia, podstawową strategią administracji Zemina jest tyrania strachu.

W styczniu tego roku oficjalna agencja Xinhua podała komunikat, że "każdy zaangażowany w działalność szpiegowską, kto kradnie, odkrywa i rozpowszechnia materiały antypaństwowe" za pomocą www lub innych środków, ryzykuje karę więzienia od lat dziesięciu z dożywociem włącznie lub karę śmierci. Tę nietypową depeszę należy rozumieć w sposób następujący: ukarany zostanie ten, kto przegląda serwisy, które nie przypadną do gustu urzędnikowi.

Chińczycy wiedzą, że nie są to tylko puste frazesy. Wszyscy pamiętają, jak w 1999 r. przed zbliżającą się 10. rocznicą masakry na placu Tienanmen rząd zamknął w Szanghaju ponad 300 kawiarni internetowych pod pretekstem braku pozwolenia na prowadzenie tego typu działalności gospodarczej. W styczniu tego samego roku technik komputerowy Lin Hai został skazany na dwa lata więzienia pod zarzutem udostępnienia 30 tys. subskrybentom serwisu prowadzonego przez dysydenta z USA, który publikował magazyn online. Na proces czeka także zatrzymany w kwietniu 2000 r. profesor Jiang Shihua oskarżony o publikowanie prodemokratycznych artykułów na liście dyskusyjnej.

Z grzywnami, a następnie zakazem wszelkiej działalności musi się liczyć każda witryna, która pozwoli sobie na choćby niewielkie odstępstwo od jedynie słusznej linii programowej Chińskiej Partii Komunistycznej. Za podanie informacji o korupcji we władzach lokalnych zamknięty został serwis informacyjny www.xinwenming.net. Administracja nie cofa się przed niczym. Na dwa miesiące zostały zablokowane serwery chińskiego oddziału BBC. Na próżno chiński internauta wpisuje adres CNN czy "New York Times". Państwo dba, aby obywatel był przekonany, że takich serwisów po prostu nie ma.

Obecnie nie trzeba prosić o zgodę na dostęp do internetu ministra, bo rządowi specjaliści instalują oprogramowanie rejestrujące każdego nowego użytkownika. Stosowane aplikacje pozwalają także na kontrolę zawartości e-maili oraz adresów, pod które trafia poczta. Ponadto, jak podaje serwis RSF, służby specjalne współpracują z naukowcami z Uniwersytetu Shenzen nad programami automatycznie usuwającymi niepożądane treści z internetu i z poczty elektronicznej.

Orwelowska fikcja stała się faktem. Obywatele wyręczają urzędników i kontrolują siebie nawzajem. Operatorzy internetu mają obowiązek cenzurować treści na udostępnianych serwerach pod groźbą utraty licencji.

Kawiarenki w szachu

W 60-milionowym Iranie jest ponad 100 tys. internautów. Permanentna rewolucja kulturowa dotyka wszelkich sfer życia. Świat nie mógł wyjść z podziwu dla tolerancji Ajjatollacha Mohammada Hhatamiego, kiedy agencję obiegły fotografie kobiet w kwefach korzystających z internetu w jednej z kawiarenek w Teheranie.

Jednak czujne oko szacha łypie na internautów z każdego serwera. Cenzura dotyczy wszelkich treści uwłaszczających godności Świętego Koranu. Należą do nich: seksualność człowieka, treści religijne inne niż islam, krytyka muzułmańskiego państwa wyznaniowego, artykuły na temat Izraela, Stanów Zjednoczony i tzw. "zgniłego Zachodu".

Szejk Ali Korani, dyrektor Wysokiej Rady ds. Informatyki w prosty sposób tłumaczy filozofię państwa wobec sieci: "Weź nóż - możesz użyć go w kuchni lub popełnić zbrodnię". Dlatego dla dobra użytkowników ogranicza się dostęp do internetu, np. studenci medycyny mają możliwość przeglądania tylko serwisów medycznych.

Administratorzy używają narzędzi produkowanych przez Data Communication company of Iran (DCI). Specjalne filtry ograniczają zasoby www do perskich treści o orientacji muzułmańskiej. Rozbrajająco szczery jest cytowany przez RSF Koulak Amanpour, właściciel jednego z pierwszych cyberbarów w kraju: "Kiedy przez przypadek zauważam, że klient otwiera stronę o delikatnej treści, która stoi w sprzeczności z filarami Islamu, proszę go, aby się wylogował".

Sukcesami w walce z internetem może się także pochwalić prezydent Aleksander Łukaszenko. Tylko 0,1% białoruskich obywateli ma dostęp do tego wywrotowego medium. Większość opozycyjnych tytułów umieszczona jest poza granicami kraju(również w Polsce).

Wydawcy muszą się w każdej chwili liczyć z interwencją osiłków z KGB. W ten sposób zamknięto i skonfiskowano sprzęt niemal wszystkim mediom niechętnym dyktatorowi.

Światłowody znane są tam tylko z radzieckich filmów science-fiction. Każdy modem musi przejść niekończącą się certyfikację w Ministerstwie Komunikacji. Z resztą komu chciałoby się surfować po sieci, kiedy nie ma na chleb.

Kto wygra mecz?

Jacek Sierpiński, libertarianin z najdłuższym stażem w Polsce, uważa, że górą są anarchokapitaliści. Sierpiński jest administratorem i redaktorem naczelnym serwisu www. libertarianizm.pl. Witryna jest bez wątpienia najpełniejszym i najobszerniejszym katalogiem wolnościowych zasobów w polskim internecie.

Myślę, ze libertarianie wiedzą, jak praktycznie wykorzystywać możliwości internetu. Na prowadzonych przez nich stronach można znaleźć wiele informacji pomijanych przez media - tłumaczy Sierpiński. - Libertarianie wiedzą, jak wymknąć się kontroli rządowych cenzorów. Oczywiście rządy, szczególnie te autorytarne, mogą posuwać się jeszcze dalej, zakazując używania kryptografii czy prywatnego dostępu do sieci.

Sierpiński, który na co dzień pracuje jako administrator sieci w jednej z katowickich firm komputerowych, namawia do korzystania z dobrze strzeżonych systemów poczty elektronicznych typu MailVault (http://www.mailvault.com) czy programów umożliwiających anonimowe surfowanie po sieci np. SafeWeb (https://www.safeweb.com/). Łatwa do kontrolowania jest jedynie działalność tych użytkowników, którzy nie potrafią się właściwie zabezpieczyć - uważa. Z pytaniami dotyczącymi osiągnięć Chin na polu rządowej kontroli internetu zwróciłem się pocztą elektroniczną do pana ambasadora Zhou Xiaopei z Ambasady Chińskiej w Warszawie (http://www.chinaembassy.org.pl). Niestety nie otrzymałem odpowiedzi.

Czy internet spełnia pokładane w nim nadzieje wolnościowców? - zapytuję Sierpińskiego. - Myślę, że tak. Próby ograniczania dostępu i kontrolowania sieci przez rządy dowodzą, jak bardzo internet jest dla nich niebezpieczny - odpowiada.

Grupa Wydawnicza HELION SA Onepress.pl