Ja nie mam nic, ty nie masz nic, ale razem…

Ja nie mam nic, ty nie masz nic, ale razem… fot. sxc.hu

Rozmawiamy z Pawłem Koconem – współzałożycielem marki Fun in Design i jej sklepów w internecie i realu, w których można samemu zaprojektować dla siebie buty – o tym, jaki fun może dać zmiana pracy i stylu życia, o początkach własnego biznesu.

Karolina Liberka: Jak leci we własnym biznesie? Wpisał się Pan w popularny ostatnio trend, by rezygnować z pracy w korporacji i pożegnał się z pracuj.pl.

Paweł Kocon: Szczerze mówiąc nigdy nie myślałem o tak szybkim przejściu na swoje. Założenie własnej firmy to był tak naprawdę zbieg okoliczności. Motorem zmiany stali się znajomi z czasów studiów. Kiedy spotkaliśmy się 3 lata temu, okazało się w rozmowie, że praca w zatrudniających nas korporacjach, choć absorbująca, nie pochłania całkowicie i wciąż mamy jakieś nadwyżki czasu. Co więcej, okazało się, że wspólnie mamy też nadwyżki pomysłów – całkiem kreatywnych. Każdy z naszej trójki miał dość interesujące doświadczenia zawodowe i swoje spostrzeżenia, bo przecież na rynku pracy byliśmy już od około 10 lat. Od słowa do słowa i postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce – zmienić perspektywę.

K.L.: Wola, pomysły i już decyzja? To wystarczy, żeby wystartować?

P.K.: Nie, aż tak proste to nie było… Natomiast niewątpliwie ważne było to, że każdy z nas miał jakieś pieniądze, które mógł przeznaczyć na zmianę. Oszczędności, które chciał sensownie wykorzystać. Każdy z nas niezależnie zastanawiał się, jakby tu pomnożyć skromny kapitał… Ja początkowo chciałem połączyć swoje zainteresowania związane z integracją i angażowaniem ludzi ze znajomością Warszawy. Myślałem o ukończeniu kursu przewodnika po Warszawie i spełnianiu się w organizacji gier terenowych i integracyjnych dla pracowników firm. Moi znajomi mieli własne, całkiem inne pomysły, ale i tak doszliśmy do wniosku, że najlepiej połączyć siły. Na kolejnym spotkaniu każdy wyłożył swoje pomysły do wspólnej puli. Wśród nich znalazł się przykład australijskiego serwisu Shoes of prey – pierwszej strony w internecie, na której można było zaprojektować buty. Przed trzema laty to był totalny start‑up – moda wtedy nie była nastawiona na taką personalizację produktów, jak w tej chwili.

K.L.: I zgodnie zdecydowaliście zabrać się do czegoś takiego? Jakimi przesłankami się kierowaliście?

P.K.: Byliśmy po prostu zachwyceni tym pomysłem. Stwierdziliśmy najpierw, że to trudne i skomplikowane – nie mamy przecież ani zakładu produkcyjnego, ani strony WWW, ani nikt z nas nie jest informatykiem, programistą… A skoro to jest tak trudne i skomplikowane to – jak w „Ziemi Obiecanej” – ja nie mam nic, ty nie masz nic, to razem mamy w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę. I tak się zaczęło! Kombinowaliśmy. Szukaliśmy równocześnie zakładów produkcyjnych, podwykonawców, programistów. No i we wrześniu ubiegłego roku ruszyła strona beta – jeszcze bez aplikacji do projektowania butów. Wtedy buty zamawiało się z katalogu przedstawionych modeli. Nasz pomysł został oczywiście poddany pod ocenę znajomych, rodziny, przyjaciół. Czy w ogóle ma sens? Czy może chwycić? Czy ceny są akceptowalne?

K.L.: Byli „za” i to przesądziło, że rzuciliście się na głęboką wodę i zamknęliście ostatecznie rozdział korporacyjnych karier?

P.K.: Powoli, spokojnie… Nie mogliśmy sobie pozwolić na taką brawurę. Każdy z nas żyje z kredytem hipotecznym i nie mogliśmy ryzykować bez zabezpieczenia i lądowiska. Toteż przez pierwszy rok budowaliśmy Fun in Design po godzinach pracy i w weekendy. W momencie, kiedy wystartowała strona z aplikacją do projektowania butów, pojawiliśmy się w „Dzień dobry TVN”. No i to była prawdziwa klęska… urodzaju! Liczba zamówień przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Pracowaliśmy jeszcze na etatach, więc słowa „klęska” nie użyłem bez powodu. Nie mogliśmy zapewnić obsługi klienta non stop. Kiedy oni dobijali się poprzez fan page na FB, pisali e-maile… my byliśmy w pracy, na etacie ze stałą pensją. Zorientowaliśmy się wtedy, że w taki sposób na dużą skalę naszego biznesu nie rozkręcimy. No i wahaliśmy się, co z tym fantem zrobić. I tak z tym wahaniem jechaliśmy, jechaliśmy, cały czas szukając jakiegoś wyjścia z sytuacji.

K.L.: Aż wreszcie…

P.K.: Kolejnym naszym krokiem było zgłoszenie się na Startup Fest – byliśmy wtedy na etapie szukania inwestora. Potrzebowaliśmy kogoś, kto zainwestuje w nasz projekt i pieniądze, i know-how. Bo pomysł to jedno, ale też trzeba mieć gotówkę na dalszy jego rozwój. Wiedzieliśmy, kto na SF będzie, jakie środowisko. Szczerze mówiąc poszliśmy tam posypać głowę popiołem, z myślą – przepraszam za wulgaryzm – niech nam zj…. ten pomysł, niech nas przeczołgają. Chcemy zobaczyć, gdzie mamy dziury i co robimy źle, co możemy poprawić.

Podobne artykuły:

Marketing w Praktyce. Karolina Liberka