Marketing przed końcem świata

Marketing przed końcem świata Image courtesy of by Stuart Miles/FreeDigitalPhotos.net

W którą stronę iść w marketingu? - Odpowiedź na to pytanie może dać Ci tylko Internet.

Jak przekonywali niektórzy rok 2012 będzie ostatnim w dziejach ludzkości. To bardzo sprzyjająca okoliczność dla wszystkich odważnych, którzy pozwolą sobie na prognozy – nikt im już nie wytknie, że się pomylili.

Nie zwalnia to nas wszelako z wymogu realizmu i odpowiedzialności za słowa. Najbardziej realistyczna i odpowiedzialna metoda przewidywania krótkookresowego polega na założeniu, że aktualne trendy będą się umacniać, ale ogólnie biorąc będzie podobnie jak teraz. W przypadku marketingu internetowego można by jeszcze dodać – w nowym roku będzie w Polsce tak, jak w poprzednim było w USA. Pokornie przyjmując to wszystko do wiadomości, bez dalszego krygowania się oznajmiam szanownej publiczności, jak się sprawy mieć będą Anno 2012.

Podobne artykuły:

E-marketing

Przede wszystkim czeka nas przełom w smartfonach. Ich rozpowszechnienie sprawi, że aplikacje do skanowania kodów kreskowych oraz kodów 2D w sklepach oraz analizy dostępności danego produktu w sieci na serio wpiszą się w krajobraz polskiego handlu. Dla marketingu to szansa i wyzwanie. Trzeba się znaleźć ze swoim produktem w polu widzenia dużych serwisów, jak Allegro, a do tego porównywarek, a więc, ogólnie mówiąc, w odpowiednich e-sklepach. Na tym tle zaczną się nowe konflikty z tradycyjnymi sklepami, jakby nie dość było dotychczasowych. Na szczęście w telefonie może zdarzyć się jeszcze wiele innych ciekawych rzeczy. Sądzę, że właśnie w tym roku pęknie bańka z różnymi marketingowymi aplikacjami na smartfony, pozwalającymi dobrze i pożytecznie się bawić w towarzystwie dobrej marki i fajnych produktów. Wreszcie rozumiemy, że internet to nie jest coś, co mamy na biurku, lecz coś, co uwiera nas w kieszeni.

Jednakże aplikacje na telefon niewiele dadzą, jeśli nie będą częścią bogatego portfolio działań internetowych. Nadchodzi czas, w którym trzeba będzie być wszędzie naraz, na wszystkie sposoby, w pełnej synergii. Od tradycyjnej strony www, poprzez wszelkie możliwe fan pages, profile i grupy, aż po spamowaty mailing i blogi prezesa. I to wcale nie dlatego, żeby zaliczyć więcej przypadkowych kliknięć, lecz po to, by zdobyć jak najwięcej danych do pogłębionej analizy zachowań naszych potencjalnych klientów oraz by dotrzeć do tych, którzy mogą być naprawdę zainteresowani naszą ofertą. Inaczej mówiąc: od strategii ilościowej przechodzimy do strategii jakościowej. „Ilość przechodzi w jakość”, chciałoby się powiedzieć za klasykiem.

Poważna analiza danych z własnych zasobów sieciowych zazwyczaj przerasta możliwości działów marketingu. Sądzę, że wkrótce normą stanie się współpraca z firmami badawczymi oraz przedstawicielami wielkich serwisów sieciowych, polegająca na zamawianiu pogłębionych analiz ruchu generowanego przez nasze strony. W sieciowym i informacyjnym chaosie coraz bardziej pragniemy jakiegoś ładu i tego będziemy szukać.

Z poszukiwaniem ładu ściśle związany jest inny trend, a mianowicie personalizacja relacji marketingowych. Automat nie zrobi za nas wszystkiego, a zwłaszcza nie pogada sobie z ludźmi. To zaś jest tyleż bezcenne, co niedoceniane. Czymże bowiem jest choćby i tysiąc personalnych interakcji działu marketingu z konsumentami na jakimś forum w porównaniu z setkami tysięcy nabywców, o których zabiegamy? A jednak. Przecież to są wielkości zbliżone do tzw. próby reprezentatywnej, a więc informacyjnie nie do pogardzenia. A więc: pracownicy działów marketingu w roku 2012 wio na czaty i fora! Jest taki gatunek człowieka co to lubi wypowiadać swoje opinie. Często się zapędza, wymądrza, a nawet konfabuluje, ale dla marketerów jest bezcenny. Gadanie z ludźmi o produkcie albo marce jest co najmniej tak samo wartościowym źródłem informacji dla marketingu, jak tradycyjne fokusy. A w dodatku znacznie tańszym. Skończyły się już czasy, gdy w sieci byli tylko „młodzi i mobilni”. Teraz prawie każdy się tam zadomowił i wartość badań opartych na działaniach internetowych niepomiernie wzrosła.

W związku z personalizacją marketingu internetowego i przestawieniem na jakość spodziewam się zmiany zasadniczej formy organizacji pracy marketerów obsługujących zasoby sieciowe. Dotychczas obowiązuje tryb „kampanijny”, wobec czego działania w sieci są niczym piechota wspierająca główne natarcie w realu. To musi się zmienić i pewnie właśnie teraz się zmienia. W sieci bowiem wygrywają ci, którzy są aktywni najczęściej i najczęściej dostarczają nowego contentu. Aby spełnić te warunki, komunikacja marketingowa w internecie musi wyzwolić się spod imperatywu mierzalnej skuteczności. Nie wszystko, co stanowi wartość marketingową, da się precyzyjnie wyliczyć bądź pokazać na wykresie rosnących wskaźników. Na efekty działań rozproszonych i niezbyt intensywnych trzeba poczekać dłużej, a czasem nawet dokładnie nie wiadomo, co w końcu zadziałało, a co nie. W sieci po prostu trzeba sobie być, co wcale nie znaczy, że koniecznie trzeba być sobą (bo cóż to znaczy w dobie powszechnej autokreacji?). Sieć to luz, a nie kampanijna mobilizacja. Dlatego dojrzałe operowanie w sieci przez marketing nie może ograniczać się do tematyki bezpośrednio związanej z marką i produktem ani polegać na histerycznych zrywach. Sieć jest ironiczna, a nie dosłowna. Dlatego marker w sieci powinien stłumić swe nerwowe i egocentryczne narowy, nabrać do siebie dystansu i po prostu dobrze się bawić. Ale najpierw trzeba przekonać szefów, że jak siedzimy w sieci i trajlujemy z nie wiadomo kim o niewiadomo czym, to pracujemy… Macie na to pół roku.

Nadchodzi era obrazka

Poszerzanie firmowych zasobów sieciowych nie może się obyć bez wideomarketingu w postaci filmików, kanałów wideo, wideoblogów itp. Czy się to nam podoba, czy nie, ludzie coraz mniej czytają, a coraz chętniej oglądają krótkie filmy. Ba, coraz chętniej sami je robią, i w dodatku całkiem nieźle im to wychodzi. Filmować można wszystko, byle było sympatycznie. Formuła filmu reklamowego nie może być w sieci żadną barierą. Sieć nie zna kanonów sztuki reklamowej ani filmowej. Zasada jest jedna i uniwersalna: przyciągnąć uwagę. Każdy film, który nie znudzi i zostanie chętnie obejrzany do końca, jest małym zwycięstwem marketingowym, zwłaszcza gdy jest to materiał samodzielny, a nie wkurzająca rozbiegówka do innego wideo. Jeśli jeszcze nie robicie filmów, to nie zwlekajcie z tym ani chwili. Na szczęście anarchia filmowa posunięta jest już tak daleko, że nie tylko różnica między filmem reklamowym a innymi gatunkami uległa zatarciu, ale również różnica między filmem profesjonalnym i amatorskim. Nawet domowej roboty demotywator może się nadać!

No i wreszcie coś dla mniejszych. W mojej prognozie musi się znaleźć miejsce na serwisy typu yelp.com, gromadzące informacje i recenzje na temat wszelkich usług związanych ze wskazaną lokalizacją, oraz serwisy recenzujące produkty, jak polskie znam.to. Jest to świetny, demokratyczny kanał wolnej komunikacji marketingowej i każda firma, która zrozumie, jak to działa i jaki jest w tym potencjał, już może mrozić szampana.

Z radością i optymizmem wkraczamy w ten ostatni rok, bo będzie on dla marketingu ciekawy i płodny. Wszystkiego dobrego!

 



Jan Hartman, profesor, filozof, wydawca i publicysta. Kierownik Zakładu Filozofii i Bioetyki Collegium Medicum UJ. Autor książki „Widzialna ręka rynku”.

Podobne artykuły:


Jan Hartman Marketing w Praktyce