Nazwa dla firmy gastronomicznej

Nazwa dla firmy gastronomicznej Fotolia

Nazwy restauracji, barów, bistr, najpospolitszych budek z parówkami najczęściej stają się tematem żartów i internetowych memów. Zastanawia także zupełny brak poczucia wstydu, elementarnego instynktu biznesowego ich właścicieli. W czym leży problem?

Nazwy firm gastronomicznych, w szczególności tak zwanej małej gastronomii, to temat rzeka. Zarówno ze względów językowych, namingowych, jak i czysto humorystycznych. Chyba w żadnej innej branży nie można spotkać tylu nazw o wątpliwym brzmieniu i znaczeniu. Budzących niedowierzanie, że myśl ludzka może aż tak błądzić.

Błąd numer 1: poczucie humoru!

Charakter danego narodu najlepiej poznać po żartach z jakich się śmieje. Podobnie bywa z nazwami firm gastronomicznych. Z poczuciem humoru ich właścicieli dotychczas nie było najlepiej. Można założyć, że im nazwa budzi większą śmieszność (zazwyczaj niezamierzoną), tym większe prawdopodobieństwo, że z jakością potraw, obsługi będzie równie „zabawnie”. Wiara we własne poczucie humoru albo kompletnie lekceważący stosunek do nazewnictwa (świadczący o arogancji i braku szacunku do klientów) to wciąż jeszcze polska norma.

Pocieszający jest fakt, że idzie ku lepszemu. Nie tak znów mało polskich restauracji, barów etc. obiera nazwy „brzmiące pysznie”, lekkie, emanujące inteligentnym poczuciem humoru. Smuci nadal jednak fakt, że pozytywne przykłady nazw dla firm gastronomicznych najczęściej spotkamy w dużych miastach. W pierwszej kolejności, osobom samodzielnie poszukującym nazwy, doradzić należy sceptycyzm wobec swojego poczucia humoru. Sprawdzenie czy dana nazwa nie budzi śmieszności nie jest i nie będzie złym pomysłem. Przy czym radzić należy się nieznajomych. Rodzina, niestety może mieć podobne poczucie humoru, bądź okaże się szkodliwie taktowna.

Błąd numer 2: uwaga! nieapetyczna nazwa!

Na co zwraca uwagę gość restauracji, baru, snack-baru, bistra? Na cenę? Wystrój? Menu? Czystość? Obsługę? Atmosferę? A co z nazwami – także dań, napojów? Najczęściej bywają traktowane po macoszemu. Pół biedy jeśli są one nijakie, mdłe, tworzone na zasadzie komunikacyjnej entropii, a więc według dobrze znanych kalek. Owszem, pozwalają się zorientować z jakim lokalem gastronomicznym mamy do czynienia. Z pewnością nie zachęcą i nie odstraszą. Gorzej jak brzmią nieapetycznie, zbyt ekstrawagancko, hermetycznie, do granic komunikacyjnej redundancji. Pamiętajmy, że słowa potrafią wzbudzać apetyt równie mocno, jak go odbierać. Wyczucie językowe jest równie ważne w gastronomii jak wyczucie smaków.

Błąd numer 3: drobne kłamstewka!

Nic tak nie szkodzi właścicielom lokali gastronomicznych jak nazwy przekłamujące rzeczywistość. Owszem pieczarki to także grzyby, ale skoro to pieczarki, a nie borowiki to należy uczciwie to zakomunikować.

Jeżeli restauracja specjalizuje się w kuchni włoskiej to niech da temu świadectwo w całym menu, a nie w jednym rodzaju pizzy z mikrofali. Unikniemy rozczarowania, konieczności udzielania ciągłych wyjaśnień zdezorientowanym klientom. Nazwa dla firmy gastronomicznej, która ma szerokie menu (od pizzy, przez tradycyjną polską kuchnię, po sushi) nie może podkreślać specyfiki jednej tradycji kulinarnej tylko dlatego, że aktualnie panuje moda na włoskie specjały.

Podobne artykuły:

Lepsza w takim wypadku będzie nazwa bardziej uniwersalna, sugerująca szeroki wybór. Skądinąd warto też pamiętać, że im lokal ma bardziej rozstrzelone menu, tym większe prawdopodobieństwo, że wielkich radości podniebienia w nim nie zaznamy. Nic w tym złego. Istnieją przecież klienci, którzy chcą zjeść dużo, tanio i najlepiej szybko. Warto nazwą przyciągnąć właśnie ich. Choćby z tego powodu, że to właśnie w tej grupie znajdziemy stałych klientów.

Błąd numer 4: nazwisko rodowe!

Nazwy tworzone od nazwisk właścicieli rzadko bywają dobrym pomysłem. Dla większości osób brzmieć one będą tyleż nobliwie, co anonimowo. W naszym kraju, nazwisk mających potencjał marketingowy, jednoznacznie kojarzonych z gastronomią, mogących śmiało stanowić powód do dumy policzyć można na palcach dwóch dłoni. Lokalne sławy zazwyczaj tracą wszelką pewność siebie w konfrontacji ze świadomością potencjalnych klientów. Czy na pewno moje nazwisko kojarzy się z doskonałymi rogalikami, śledziami, lodami, kebabami, pierożkami… ? – oto podstawowe pytanie, jakie powinien sobie zadać każdy, kto chce budować markę na nazwie rodowej.

Błąd numer 5: pod wulkanem…

… to świetna nazwa? Raczej tytuł powieści. Brzmi dobrze, intrygująco, może nawet spełniać funkcję sprzedażową, ale jeśli nie ma umocowania w specyfice krajobrazu, wystroju, w literackim charakterze miejsca, nie stanowi humorystycznej gry ze skojarzeniami. Trochę zawodzi. Budzi „apetyty”, którym nie jest w stanie sprostać. Nazwa musi „zapowiadać to, co w środku”. Nie może stać w sprzeczności z pozostałymi elementami gastronomicznego biznesu. Klienci nabawią się tylko dysonansu poznawczego i cóż, więcej nie wrócą.

Błąd numer 6: kopiuj – wklej, kopiuj – wklej, kopiuj – wklej!

Naśladownictwo jest najlepszym komplementem dla naśladowanego. Epigoństwo jest praktyką starą jak świat, w biznesie występującą nader często. W branży gastronomicznej nadal zbyt słabo jednak negatywnie naznaczaną. Tworzenie klonów, bezczelne skradanie pomysłów dla każdego szanującego się gościa branży gastronomicznej oznacza pochwałę bylejakości. Warto pamiętać, że mody tylko do pewnego momentu służą naśladowanym i naśladującym. Po przekroczeniu masy krytycznej wszyscy tracą. Zbiorowo i indywidualnie. Jeżeli tworzymy nazwę dla firmy gastronomicznej, która ma przetrwać więcej niż kilka sezonów zdecydowanie unikajmy powielania najlepszych wzorców nazewniczych. Stwórzmy je sami!

Podobne artykuły:

Błąd numer 7: parlez-vous france? oh, really? das ist unglaublich!

Nazwa firmy gastronomicznej powinna być tożsama z jej charakterem, strukturą kliencką, możliwościami. Jeżeli nie nastawiamy się na zagranicznych gości, wiemy, że nie stać nas na zatrudnienie obsługi biegle władającej językiem, językami obcymi, w karcie mamy bigos jako spécialité de la maison… Nie nazywajmy się w przesadnie światowy sposób. Brzmi to bowiem śmiesznie, nieprawdziwie, nie sprzyja zyskiwaniu klientów. W szczególności, jeżeli nazwa stworzona została „na serio” i nie kryje w sobie żadnej gry z odbiorcą. Pretensjonalność, zakompleksienie właściciela łatwo ujawnia się w nazwie pod jaką chce funkcjonować. Autokrytycyzm, świadomość własnych celów i pobudek jest w przypadku nazw dystyngowanych w wielkiej cenie.

Błąd numer 8: tradycyjnie (nie)smaczne od 2010 roku!

Właściwie ile czasu musi minąć, by wygrywanie w nazwie daty powstania firmy działało na jej korzyść? To kwestia branży, sub-branży oraz wyczucia momentu, w którym coś staje się tradycyjnie smaczne. Przykład? Restauracja tradycyjnie specjalizująca się w sushi. Rok założenia: 2010. Sushi, tradycja, pięć lat? Ten ciąg myślowy rzadko przekonuje. Generalnie trudno mówić o tradycjach przygotowywania sushi w naszym kraju. Trudno też uznać, że przetrwanie na rynku pięciu lat jest dużym wyczynem. Konkurencja wszak aż tak wielka nie jest. Jest? Pomyślmy ile jest restauracji włoskich, indyjskich i od ilu dekad zakorzeniły się w polskich miastach. Bardzo konkurencyjny rynek dość szybko nagradza najlepszych. Autentyczni kulinarni weterani mają pełne prawo czuć się dumni ze swojego sukcesu. Zyskanie szacunku klientów wymaga czasu, pokory, ciężkiej pracy.

Błąd numer 9: ty! ty, naprawdę czujesz, że rymujesz!

Na koniec przestroga dotycząca wiary we własne talenty językowe. Nazewnictwo polskich firm gastronomicznych– en masse – jawnie przeczy temu, jakoby właściciele firm także je posiadali. I nic w tym złego! Nie chodzi o to wszak, by być jak najbardziej wszechstronnym, ale o to by mieć świadomość własnych ograniczeń i zdać się na doświadczenie specjalistów od namingu. Zainwestowanie w nazwę, najlepiej w całą architekturę nazewniczą (nazwa firmy, dań, przystawek, napojów, etc. etc.) jest zawsze korzystniejsze niż niewidzialne straty, jakie przynoszą źle dobrane nazwy. Przypominają one bowiem trochę brudny, trochę dziurawy, do niczego nie pasujący obrus.

Agencja Klikmii Radosław Zieliński