Paradygmat tak zwanej uczciwej konkurencji

Paradygmat tak zwanej uczciwej konkurencji Image courtesy of rattigon/FreeDigitalPhotos.net

W czeluściach sejfów czeka na nas (konsumentów), wiele jeszcze wspaniałych projektów nowych produktów, ale doczekamy się ich dopiero, gdy ktoś znowu złamie zasady uczciwej konkurencji.

Mówienie o konkurencji, że jest uczciwa bądź nie, zdrowa lub niezdrowa… To tak jak uznać, że wędrówka ciał niebieskich po orbitach ma walor, bądź wadę moralną.

„Zdobywaj pieniądze. Zdobywaj szybko, zdobywaj, jak można najwięcej. Zdobywaj nieuczciwie, jeśli możesz, i uczciwie, jeśli inaczej nie potrafisz”. (M.Twain)

Mówienie o konkurencji, że jest uczciwa bądź nie, zdrowa lub niezdrowa… To tak jak uznać, że wędrówka ciał niebieskich po orbitach ma walor, bądź wadę moralną. Konkurencja ma wyłonić najlepszych i odrzucić najsłabszych. Nie ma równego traktowania w procesie selekcji naturalnej. We współzawodnictwie, uczestnicy sięgają do najgłębszych pokładów twórczego myślenia, by zyskać przewagę. Tak jak homo economicus zawsze będzie dążył do powiększenia zysku tak homo aemulus realizując swój cel, będzie starał się uzyskać przewagę nad konkurentami, stosując wszelkie dostępne środki. Czy dozwolone? Narzucając konkurencji reguły, dopuszczające stosowanie ściśle określonych środków i metod, to te - przez nieobiektywizm doboru - zawsze będą faworyzowały jednych nad innymi, a zatem wypaczały, tak zwaną, ideę czystej rywalizacji.


Przyjąć miarę? Ale jaką?


Dobrym przykładem „uczciwej” konkurencji jest sport. Na przykład boks. Spójrzmy na trzech zawodników: „A” waży 79,4 kg; „B” 90,7; „C” 90,8. Okazuje się, że „uczciwa” konkurencja zakładająca równość podmiotów, dopuszcza walkę zawodników A i B, pomiędzy którymi jest przeszło 11 kg różnicy, ale wyklucza z rywalizacji C, który jest zaledwie 0,1 kg cięższy od B, ale to już wystarcza, by znalazł się w wyższej kategorii wagowej. Nonsens? Nie, każda próba unormowania zasad konkurencji, będzie miała podobne słabości. Dopuścić wszelkie możliwe środki? No rules? Jak w przyrodzie? Aż strach pomyśleć…

Zatem, regulować konkurencję pewnie trzeba, ale jej oceny w kategoriach etycznych nie są już tak ewidentne. Oczywiście, zawsze możemy powiedzieć, że jeśli większość stosuje się do przyjętych zasad, to nieuczciwym jest omijać je. Problem w tym, czy zasady są słuszne. Według jakiej miary konkurencja jest uczciwa, bądź nie? Nie ma uniwersalnej moralności. Co dobre, a co złe, moralne i amoralne, etyczne i nieetyczne, oceniamy na podstawie przyjętych w danej kulturze hierarchii wartości. Te zaś są określane i utrwalane przez uprzywilejowane grupy interesów (establishment), które klasyfikują zjawiska, jako dobre lub złe, nieuczciwe bądź uczciwe, według zgodności z narzuconymi regułami gry. Elity, już wygrały rywalizację i pragną określać reguły gospodarcze tak, by utrwalać swoją dominację społeczno-ekonomiczną.

Wszechpanująca hipokryzja

Na czym zbudowana jest ta moralność biznesowa? Reżimy oferujące pracę niewolniczą są dobre, bo pozwalają oszczędzać na kosztach robocizny. Przecież wszystkim nam zależy, żeby było taniej. Zatem, otwieranie fabryk w Chinach jest wyrazem racjonalizmu gospodarczego, ale też szlachetności postaw – wszak oferujemy pracę i możliwości rozwoju zacofanych regionów. Gorzej, gdy opanowawszy nowe technologie, Chińczycy produkują samodzielnie towary, nie różniące się od oryginałów i sprzedają je na naszych rynkach, po znacznie niższych cenach. Takie niezamierzone skutki celowego działania są nieakceptowalne, złe, nieuczciwe i szkodzące dobrym relacjom biznesowym.

Podobne rozdwojenie jaźni, wykazuje również konsument. Ktoś powiedział, że "klient ma wszystkie cechy psa, poza lojalnością". Może dlatego wysoko ją ceni? Statystyczny konsument zgadza się oczywiście z postulatami czystej gry rynkowej, popiera wszelkie ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, akceptuje argumenty okradanych właścicieli patentów. Deklaruje lojalność i poparcie. Jednocześnie rynek podróbek ma się znakomicie, w każdej branży i niezależnie od sankcji prawnych i powszechnego ostracyzmu, ma gwarantowane zasilanie gotówkowe, tak długo jak długo różnica cen będzie znacząco przewyższała różnicę jakości oferowanych tam produktów, względem oryginałów. Tak więc znacząca większość społeczeństwa dopuszcza się paserstwa potępiając jednocześnie wszelkie przejawy nieuczciwej konkurencji. Ta paranoja, to schizofreniczne traktowanie zasad etyki biznesu, stanowi clou  socjologii zachowań uczestnika gry rynkowej. Potrzebujemy jasnych zasad, wytycznych, uporządkowanego świata. Chcemy by prawo skutecznie ograniczało samowolę i niepożądane zachowania… innych. Nie życzymy sobie nieuczciwości względem nas.

Konkurencja doskonała

Uznaje się, że uczciwość gospodarcza najpełniej rozkwita w warunkach konkurencji doskonałej, w której kupujący i sprzedający mają nie tylko pełną swobodę uczestnictwa w grze rynkowej, ale również wolni są od chęci organizowania się. Wielu wierzy, że taki rynek to nie tylko wartość etyczna, ale również gwarant wzrostu i rozwoju. Czy na pewno? A ekonomia skali? Czy postęp technologiczny, rewolucje przemysłowe, miałyby miejsce gdyby rynki były skutecznie chronione w swej doskonałej formie, licznych (czytaj małych), niezależnych wolnych elektronów rynkowych?


Cóż bowiem uznaje się za konkurencję doskonałą? Jej model opiera się na czterech filarach:

  • jednorodność produktu. Wszyscy producenci sprzedają taki sam produkt, tak też jest on postrzegany przez kupujących;
  • swoboda wejścia na rynek. Rynki są otwarte dla wszystkich podmiotów gospodarczych. Co oznacza, że każdy może w dowolnym momencie włączyć się do gry rynkowej i z równą swobodą wyłączyć się z niej;
  • wielu sprzedających i kupujących. Żaden z uczestników rynku nie reprezentuje udziału pozwalającego mu na zmianę ceny. Dlatego cena rynkowa ustala się samoczynnie;
  • ogólnie dostępna, doskonała informacja o rynku. Zakłada się, że informacja jest darmowa i kompletna.

Czy taki model jest dobrym punktem odniesienia w analizie rzeczywistych zjawisk, nie mówiąc już o ocenach etycznych? Czy nie przystaje bardziej do stołu ruletki, niż jakiegokolwiek realnego rynku. Wreszcie, czemu ma służyć, skoro postęp i rozwój dokonuje się poprzez łamanie przyjętych reguł konkurencji, a nie rzetelne przestrzeganie ich.

Demiurgowie postępu

Tak. Zawsze są tacy którzy próbują łamać i zmieniać obowiązujące zasady rynkowe, reguły „uczciwej gry”. Zwykle napiętnowani jako plagiatorzy, kombinatorzy, spekulanci czy ogólnie przestępcy gospodarczy, wciąż szukają słabości systemu krępującego konkurencję wolną od wszelkich ograniczeń. To właśnie oni dokonują rewolucji przemysłowych i są akceleratorami postępu. Idea nie ma granic ani patentów. Newton mawiał, że widzi daleko, bo wspiera się na ramionach gigantów. Podkradanie myśli, rozwijanie ich, nieprzerwanie czyni postęp. Gdyby nie taki właśnie nieopanowany charakter konkurencji, w wymiarze społecznym, czy ludzkość by przetrwała? Czy szczelna ochrona patentów i myśli technicznej doprowadziłaby zimną wojnę do równowagi militarnej i klinczowania się głównych graczy wojennej sceny? Z drugiej strony, obecnie, czy wolny rynek materiałów jądrowych byłby gwarantem rozwoju cywilizacyjnego?


Ograniczanie swobody konkurencji, nie ma nic wspólnego z prawem moralnym, po prostu wynika z określonych potrzeb. Natomiast budowanie przewagi konkurencyjnej w oparciu o cudzą myśl, jest bardziej złożoną kwestią, może być problemem z punktu widzenia autora, ale też służyć postępowi.

A jednak nieetyczne


Są jednak pewne wymiary konkurencji, kiedy wydaje się zasadne używanie nie tylko kategorii moralnych, ale również sankcji karnych. Mam na myśli oszukiwanie konsumentów poprzez emitowanie kłamliwych przekazów reklamowych oraz stosowanie wszelkich niebezpiecznych dla zdrowia konsumenta zabiegów upiększania, rewitalizacji, uzdatniania itp. Jeżeli nadawać etyczne przymioty konkurencji, to głównie w kategoriach utylitarnych. Akceptowane społecznie jest to co przyczynia się do dobra społecznego, zaś godne potępienia są praktyki szkodzące ogółowi społeczeństwa.

W tym zakresie rola agend rządowych i organizacji konsumenckich, wydaje się być daleko bardziej istotna, niż działalność niezliczonych rzesz urzędników, chroniących „doskonałą konkurencję”, w imię interesów istniejących monopoli.

Ton prześmiewczy? Tak. Wciąż słyszy się o naruszeniach prawa autorskiego, patentowego, czy innego chroniącego interesy dominantów biznesowych, bo logo, kolor, nazwa czy jakikolwiek inny atrybut podobny jest do zastrzeżonego. Ciągle żywy jest temat okradania autorów (posiadaczy patentów i wszelkich wartości intelektualnych chronionych prawem). Ostatnio dużo się mówi, iż jadąc samochodem wyposażonym w alternator (czy prądnicę) łamiemy prawo, nie płacąc akcyzy. Jakiekolwiek wytwarzanie energii elektrycznej, obciążone jest przecież tym podatkiem. Dynamo rowerowe? Także. Jakiż to ewidentny przykład nieuczciwej konkurencji jaką stanowimy dla elektrowni. Przepisy chroniące monopole są zawsze overwritten, bo lepiej nadpisać, niż przegapić lukę.

Jednocześnie z rzadka tylko słychać o gwałceniu praw konsumentów, na przykład, do rzetelnej informacji. Każdego dnia bombardowani jesteśmy dziesiątkami kłamliwych reklam, obiecujących, czy to znaczne zgęstnienie włosów w 30 sekund, pozbycie się zmarszczek w 5 tygodni, czy też, wygładzenie cellulitu w 20 dni. Co roku, poprzez wyimaginowane (choć teoretycznie możliwe) zagrożenia pandemiczne, napompowuje się ogromny popyt na medykamenty. Koncerny farmaceutyczne, podobno, nie mają nic wspólnego z tymi psychozami (oczywista), ale zawsze są przygotowane na zaspokojenie nagle wzrastającego do ogromnych rozmiarów zapotrzebowania. Oszukiwani konsumenci wydają niejednokrotnie niemal całe swoje dochody na wszelkiego typu placeba. Wszystko to jest zgodne z duchem uczciwej konkurencji? Może wierzymy, że skoro mamy przepisy chroniące nas przed nadużyciami marketingowymi producentów, ci pewnie postępują zgodnie z prawem, wszak mają tak wiele do stracenia…

Dzisiejszy rynek zdominowany jest przez samonakręcający się biznes, który musi ciągle rosnąć, by rosła wartość akcji, by management utrzymał swoje stanowiska i by wszyscy byli szczęśliwi. Marketing już nie wychodzi na przeciw potrzebom konsumenta, on je kreuje, by przyspieszać zmiany i wzrost sprzedaży. Nie ważna racjonalność wykorzystania zasobów, istotna szybkość ich przetworzenia w towar, środowisko musi służyć biznesowi, przyszłość to zmartwienie kolejnych pokoleń, „po nas choćby potop..."

Komu służy uczciwa konkurencja?


Co z tego, że już na przełomie XIX i XX wieku zaczęły powstawać ważne regulacje prawne, mające na celu ustanowienie i kontrolowanie reguł gry rynkowej, skoro wcześniej wielkie mocarstwa koncernowe, działające - by wszystko było zgodnie z nowym prawem - w różnych branżach, zawłaszczyły rynki. Powstawały ustawy antymonopolowe, a w ślad za nimi, regulacje patentowe, o prawach autorskich itd. Wszystko po to, by nadać konkurencji szczególny, paradoksalny walor – ma chronić interesy oligarchów i monopolistów. Potężne korporacje nadzorują badania rozwojowe we wszystkich dziedzinach życia. Nic nie może pojawić się na rynku niepostrzeżenie. Jeśli nawet, jakiś niezależny instytut opracuje nową technologię, Oni natychmiast kupią prawa do wynalazku i zdecydują kiedy będzie właściwy moment na upowszechnienie go. Postęp nie leży w kręgu Ich zainteresowań. Ten dokonuje się tylko przez niedopatrzenie, wówczas, gdy Wielcy przegapią zagrożenie swoich interesów.

Dziś, na rynkach masowej konsumpcji, mimo że czujemy się suwerenami podejmując decyzje zakupowe, faktycznie jesteśmy w imadle wielkich światowego biznesu. Żyjemy w systemie totalitaryzmu marketingowego.

Z jednej strony wciąż zmieniające się mody, z drugiej, planowe ograniczanie żywotności produktów. Musimy ciągle kupować, by giganci rynkowi rejestrowali wzrosty produkcji i sprzedaży, a ich akcje szybowały zielonym szlakiem giełdowych przestworzy.

W czeluściach sejfów czeka na nas (konsumentów), wiele jeszcze wspaniałych projektów nowych produktów, ale doczekamy się ich dopiero, gdy ktoś znowu złamie zasady uczciwej konkurencji.

Podobne artykuły:

Sylwia Wysocka Sadowski Business Consulting