SEM i etyka

SEM i etyka Claudio Sepulveda Geoffroy / stcok.xchng

Nie każdy może być pierwszy. Z podkręcaniem wyszukiwarek, żeby znaleźć się na początku listy wyników wyszukiwania, jest trochę tak, jak z wciskaniem się polityków na pierwsze miejsca na listach wyborczych.

Dostają się tam najsilniejsi, najbardziej partyjni, prawdziwe grube ryby. A ludzie stawiają krzyżyki na górze, bo po pierwsze, nie chce im się czytać, po drugie, najczęściej nie znają tych nazwisk i jest im wszystko jedno, a po trzecie, ufają, że jak kogoś wystawiono na pierwsze czy drugie miejsce na liście, to widocznie z całej tej listy jest najlepszy.

Zachowanie w marketingu

W pewnym sensie zachowanie wyborcy jest adekwatne do rzeczywistości. Wprawdzie celebryta lub partyjny bonzo z początku listy zwykle nie jest najlepszy, ale jest silny, a to w polityce znaczy prawie to samo. Z marketingiem rzecz ma się do pewnego stopnia podobnie. To, co wyskakuje na pierwszym miejscu po wrzuceniu hasła do wyszukiwarki, na pewno odsyła do czegoś „silnego”, a więc na przykład zdolnego zapłacić za usługi SEM (niestety, nie wszyscy wiedzą o ich istnieniu!), ale niekoniecznie najlepszego.

Każdy wszelako ma szansę kliknąć w coś wyszczególnionego niżej, niemniej jednak przeszkadza mu trochę własne lenistwo i rozkojarzenie, typowe dla użytkownika internetu. Jeśli wszedłeś w to, co ci podali na tacy, zamiast zadać sobie trud, aby trochę poszperać, to sam jesteś sobie winien. A jednak nie do końca. Życie społeczne opiera się na zaufaniu, a w tym na zaufaniu do instytucji oraz działalności osób, które zdają się być fachowcami w swojej dziedzinie. Ufamy, że pociąg przyjedzie, a maszynista jest trzeźwy i zna się na robocie. Te same oczekiwania przenosimy do sieci.

Wiara w Google

Chcemy wierzyć, że oferty składane nam za pośrednictwem wielkiego serwisu Google w postaci wyników wyszukiwania są rzetelne. Choć to trochę irracjonalne, przypisujemy wyszukiwarce, należącej przecież do poważnej i wiarygodnej korporacji o globalnym zasięgu, pewną moc legitymizowania tego, co nam pokazuje, a więc i – w pewnym sensie – oferuje. Niby wiemy, że Google nie bierze prawie żadnej odpowiedzialności za emitowane treści, ale jednak…

Pozycjonowanie

Pozycjonowanie własnych stron, związanych z marką i produktem, na pozór wydaje się doskonałym i niebudzącym żadnych zastrzeżeń sposobem na podniesienie udziału w rynku. Każde pozyskane (i opłacone) kliknięcie daje się przeliczyć na zysk. Tak przynajmniej wychodzi z analizy statystycznej, uniżenie serwowanej nam przez magów sieci.

Są jednak efekty niełatwe do zmierzenia, a bynajmniej nie pożądane. Takim efektem jest irytacja i rozczarowanie, gdy wejście – ze sporymi oczekiwaniami – na wysoko pozycjonowaną stronę okaże się stratą czasu. Jest tak w przypadku, gdy nasza oferta nie jest de facto z kategorii najlepszych, o czym tak czy inaczej internauta szybko się przekona. Z mierną ofertą lepiej nie pchać się na wysokie miejsca. Rozczarowanie i zniecierpliwienie wywołuje wszak nie tylko słaba oferta, ale także kiepska strona. Internet jest nimi wprost zapchany.

Strony trudne w orientacji, nieintuicyjne, przeładowane wolno pracującymi elementami w niektórych branżach wręcz dominują. Najgorzej jest zaś wtedy, gdy wysoka pozycja strony i jej wysoka jakość kontrastuje z ubóstwem naszej oferty. Dlatego nie od rzeczy jest przypomnieć powiedzenie „znaj proporcje, mospanie”. Zawsze trzeba grać w swojej lidze, a SEM jest takim narzędziem, które bardziej niż inne grozi wzbudzeniem chaosu i dezorientacji wśród konsumentów.

Podobne artykuły:

Marketing w Praktyce Jan Hartman