Wizerunek – co można, a co nie?

Wizerunek – co można, a co nie? Photo credit: Stephen Poff / Foter

Rozpowszechnianie wizerunku wymaga zezwolenia osoby na nim przedstawionej – tyle art. 81 pkt 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. I gdyby poprzestać na pierwszym zdaniu, to pewnie mielibyśmy kłopoty na każdym kroku.

Jednak coraz bardziej powszechna wiedza w zakresie wizerunku i jego ochrony przypomina nam, że są co najmniej dwa wyjątki.

Zezwolenia nie wymaga rozpowszechnianie wizerunku:

1. osoby powszechnie znanej, jeżeli wizerunek wykonano w związku z pełnieniem przez nią funkcji publicznych, w szczególności politycznych, społecznych, zawodowych;

2. osoby stanowiącej jedynie szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz, publiczna impreza.

I tu pojawiają się liczne pytania, nieścisłości, mity, które nie tylko rozmywają temat, ale przede wszystkim mogą nas wpędzić w kłopoty.

Wizerunek osoby powszechnie znanej/publicznej

Na wstępie pojawia się pytanie: kim jest osoba publiczna? Możemy sobie wyobrazić, że jest to Prezydent, premier, ale też Bogusław Linda i Doda. W którym jednak miejscu kończy się bycie osobą publiczną. Czy córka premiera staje automatycznie osobą publiczną? Zwróćcie uwagę, że ustawodawca pisze o „osobie powszechnie znanej”, nie używając wcale określenia „osoba publiczna”. Nie chodzi więc jedynie o wykonywanie funkcji publicznych i pewną sławę z tym związaną.

Kłopotliwa staje się więc definicja tej powszechności. Prezydent Miasta Warszawy jest osobą powszechnie znaną, ale czy również w – dajmy na to – Kolumbii czy na Mauritiusie? Czy zatem kolumbijski blogger może użyć wizerunku tej osoby w swoim artykule? No i oczywiste pytanie – kiedy kończy się życie prywatne osoby publicznie znanej. Jeśli jest znana, to pojawiając się publicznie powinna liczyć się z tym, że zostanie rozpoznana, a – idąc dalej – jej wizerunek wykorzystany. Choć jedno z drugim nie ma wiele wspólnego, to sprawy takie rozważane są indywidualnie dla każdego przypadku.

Osoba, jako szczegół

Świadomość tego, że – upraszczając znacznie – „można fotografować tłum” jest dosyć duża. Często jednak pojawiają się pytania: „Od ilu osób zaczyna się tłum?” A wraz z nimi mityczne, ale błędne odpowiedzi. Najczęściej słyszę, że tłum liczymy od 15 osób i gdy tyle jest, możemy filmować i rozpowszechniać. BZDURA. Napisałem wielkimi literami, aby wyraźnie odciąć się od tego. Tłum nie ma swojej ustawowej definicji. Zauważcie, że ustawa też nie mówi o tłumie, ale o:

osobach stanowiących jedynie szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz, publiczna impreza.

I tym razem trzeba podejść do tematu zdroworozsądkowo. Ustawodawcy nie chodziło przecież o to, żeby odliczać kolejno i na tej podstawie stworzyć idealny wzorzec, ale o sytuacji, w której absurdalny przepis wymagałby uzyskania zgody na upublicznienie wizerunku od kibiców na stadionie czy widowni podczas festiwalu w Opolu.

Dlatego też, gdy nie koncentrujemy się na osobach, ale na wydarzeniu, możemy wykorzystać ten przepis. Tak jak pisałem: z umiarem. Liczą się też intencje.

Inne wizerunki

Zapewne spotkaliście się z różnymi zastrzeżeniami dotyczącymi rozpowszechniania (a nawet fotografowania, filmowania czy kopiowania) logotypów znanych marek. Dobra wiadomość jest taka, że ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych nic o tym nie mówi. Zła – są inne dokumenty, które regulują ochronę znaku towarowego. Bardzo zła – właściciele co większych brandów sami w swoich wewnętrznych regulaminach tworzą reguły wykorzystania ich znaków w różnych kontekstach, które czasem znacząco odbiegają od zapisów ustawowych.

Prawo autorskie nie mówi nic o ochronie logotypu czy nazwy firmy, bo nie są one przedmiotem tego prawa. Zaglądamy więc do ustawy prawo własności przemysłowej z 2001 roku i dowiadujemy się, że na użycie znaku towarowego musimy mieć zgodę, chyba, że – uogólniając – ma to charakter informacyjny. Osoby zajmujące się sprzedażą markowych produktów też powinny wyczuć różnicę. Jeśli sprzedajemy sprzęt audio, to podawanie audiofilskich marek z pewnością podniesie prestiż naszej strony internetowej. Jest to jednak informacja o dostępnym produkcie. Jeśli znak towarowy jakoś sugerował by, że jesteśmy „autoryzowanym partnerem” lub cokolwiek innego niezgodnego z prawdą, to jest to już przekroczenie dozwolonego użytku. Ponownie, o wszystkim świadczy kontekst.

Co nam grozi?

Jeśli zdarzy nam się naruszyć wizerunek osoby:

art. 83: Do roszczeń w przypadku rozpowszechniania wizerunku osoby na nim przedstawionej oraz rozpowszechniania korespondencji bez wymaganego zezwolenia osoby, do której została skierowana, stosuje się odpowiednio przepis art. 78 ust. 1; roszczeń tych nie można dochodzić po upływie dwudziestu lat od śmierci tych osób.

no i wspomniany art. 78 ust 1:

Twórca, którego autorskie prawa osobiste zostały zagrożone cudzym działaniem, może żądać zaniechania tego działania. W razie dokonanego naruszenia może także żądać, aby osoba, która dopuściła się naruszenia, dopełniła czynności potrzebnych do usunięcia jego skutków, w szczególności aby złożyła publiczne oświadczenie o odpowiedniej treści i formie. Jeżeli naruszenie było zawinione, sąd może przyznać twórcy odpowiednią sumę pieniężną tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę lub – na żądanie twórcy – zobowiązać sprawcę, aby uiścił odpowiednią sumę pieniężną na wskazany przez twórcę cel społeczny.

Pozwy zdarzają się w tych przypadkach wcale nie tak rzadko. Co prawda dotyczą najczęściej konfliktów między przedstawicielami mass mediów, a osobami publicznymi. Nie zmienia to jednak faktu, że prywatne kancelarie często walczą w imieniu swoich pokrzywdzonych klientów bardzo sprawnie. Dlatego też warto się zabezpieczyć:

    • w miarę możliwości zdobywajmy zgody osób, które wypowiadają się przed kamerą. Może to być część umowy, osobny dokument i każdy inny sposób, który nie będzie niemożliwym do udowodnienia domniemaniem.
    • jeśli prosimy zewnętrzną „ekipę filmową” o nagranie naszego eventu, to pamiętajmy, żeby zdobyć zgody osób występujących. Bez tego materiał możemy sobie wsadzić na półce. A wielu realizatorów nie czuje się zobowiązanych, aby mówić swoim klientom o takiej konieczności.
    • ustalmy z osobami występującymi co i jak możemy pokazywać. Często na konferencjach prelegenci mówią lub pokazują coś, co nie powinno wyjść poza określony krąg osób. W czasach YouTuba bardzo łatwo stracić nad czymś kontrolę.

A przede wszystkim pracujmy z takimi domami produkcyjnymi, studiami czy agencjami, którym minimalny poziom empatii nie jest obcy. Nie macie obowiązku wiedzieć wszystkiego, ale za pieniądze, które wydajecie na produkcję, macie prawo wymagać czegoś więcej, niż plik z nagraniem na końcu zamówienia.

Porozmawiajmy o tym!

 

Digital Knowledge Village Piotr Maczuga