Czy Twój pracownik może kręcić filmy dla Twojej firmy?

Czy Twój pracownik może kręcić filmy dla Twojej firmy? nf.pl

Zdaję sobie sprawę, że odpowiadając na to pytanie twierdząco, ściągnę na siebie gromy ze strony wszystkich podmiotów, które żyją z produkcji tzw. małych form, czyli filmów promocyjnych, szkoleniowych, relacji z eventów, itp. Mało mnie to jednak obchodzi, bo branża ta zaczyna zjadać własny ogon. Jak grzyby po deszczu powstają w co drugim mieszkaniu w bloku firmy produkcyjne, w których reżyser, scenarzysta, operator, montażysta i sprzedawca to ta sama osoba. Pomijam specjalistów od wideofilmowania, którzy kręcą wesela i komunie, bo tu akurat ceny trzymają się na pewnym, określonym poziomie.

Producenci małych form są za to, w swoim mniemaniu, mistrzami marketingu. Proponują więc potencjalnym zleceniodawcom ceny mocno zaniżone, licząc na to, że w ten sposób wyrobią sobie markę.

I faktycznie ją sobie wyrabiają – zleceniodawcy postrzegają takie firmy jako tanie i nigdy nie zapłacą im więcej niż za pierwszy(tani) film, bo niby dlaczego mieliby to zrobić? Jeżeli jest ktoś, kto oferuje produkcje filmowe po bardzo niskich cenach, na pewno znajdzie się ktoś, kto zechce je kupić.

Dlaczego tak się dzieje, skoro wszyscy wiedzą, że jakość takich produkcji jest niska? Przyczyny są dwie: po pierwsze – coraz bardziej zaawansowana i coraz tańsza technologia, która pozwala nawet amatorom nagrywać i montować coraz bardziej efektowne filmy, po drugie – brak umiejętności oceny filmów przez osoby zamawiające.

Specjalista do spraw marketingu otrzymując kiepskiej jakości materiał video, wie, że film średnio mu się podoba, ale nie wie dlaczego. Nie potrafi wskazać, czy jest to spowodowane złą pracą operatora, błędami montażowymi, czy niedopasowaniem osprzętu do warunków pracy. Gdyby potrafił to zrobić, prawdopodobnie sam zająłby się zarządzaniem produkcją filmową.

Przekonująca dla zamawiającego jest jednak cena filmu. Zawsze lepiej mieć pięć filmów w cenie jednego niż jeden w cenie pięciu. Tym bardziej, że nie mówimy tu o spotach telewizyjnych, tylko materiałach wykorzystywanych na stronach www, podczas spotkań biznesowych czy prezentacji. Nie musi to być produkcja najwyższej jakości, jeżeli jest wystarczająco tania.

Nie dziwi zatem postawa zamawiających filmy, tym bardziej, że zapotrzebowanie na nie rośnie, a budżety nie są z gumy. Badania jasno wskazują, że przekaz video jest w biznesie bardzo pożądany, zwiększa sprzedaż, zatrzymuje klientów dłużej na stronach www, zwiększa wiarygodność firmy. Dobrze jest jeśli przekaz ten jest wysokiej jakości, ale czy firmy, które nie mają w planach wydania kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy złotych na materiał video, mają z niego rezygnować?

Dlaczego nie dać zarobić tym małym, tanim firmom produkcyjnym, które są w stanie zrobić tak wiele za tak niewiele? Powód jest prosty. Ponieważ to, co robią te firmy, z dużą dozą prawdopodobieństwa, każdy czytający ten artykuł jest w stanie zrobić sam. Wiem, że brzmi to niedorzecznie, ale w większości przypadków tak jest. Pokazał to chociażby rozwiązany niedawno konkurs banku BGŻ – Podwyżka na bank, wskazuje na to zakończony sukcesem projekt Life In A Day pod patronatem YouTube.

Nie każdy ma predyspozycje do patrzenia na świat „okiem” kamery i późniejszej obróbki materiału video, ale prawie każdego można podstaw robienia prostych filmów nauczyć. Dokładnie na takiej samej zasadzie, na jakiej uczy się amatorów robienia zdjęć. Dwutygodniowy kurs przeprowadzony przez profesjonalistów i doradztwo przy zakupie odpowiedniego sprzętu w zupełności wystarczy by nagrać wystąpienie prezesa, czy stworzyć dynamiczną relację z wyjazdu integracyjnego. Oczywiście nie każdej firmie opłaci się szkolić swojego pracownika na „filmowca”, ale jeżeli komunikacja marketingowa przedsiębiorstwa opiera się choć w części na przekazie video, warto się nad takim rozwiązaniem poważnie zastanowić.

Jakub Klawiter freshnut