Redukowanie konkurencji

Redukowanie konkurencji nf.pl

Dotowane, odnawialne źródła energii stają się bezkonkurencyjne. Wypychają z rynku elektrownie konwencjonalne. Na dłuższą metę zagraża to naszemu bezpieczeństwu energetycznemu.
Zanim na rynki zaczęła wpływać energia elektryczna z dotowanych OZE, energetyka była biznesem stosunkowo przewidywalnym. Porządek rzeczy zburzyła eksplozja regulacji. Wśród nich znalazły się także te dotyczące promocji odnawialnych źródeł energii, które uzyskały nadzwyczajne przywileje. Stworzono mechanizmy ich subsydiowania, bez których wykorzystywanie OZE byłoby zupełnie nieopłacalne. Tak, jak na przykład w Polsce, dano gwarancje zbytu pochodzącej z nich energii - operatorzy sieci obciążeni zostali obowiązkiem jej odbioru. Dopóki instalacji OZE było niewiele, dopóki umiejscowione były poza konkurencyjnym rynkiem, na którym funkcjonuje energetyka konwencjonalna, wszystko to nie miało istotnego znaczenia. Ale to już tylko historia.

Grzegorz Górski, prezes zarządu GDF Suez Energia Polska, uważa, że obecny model unijnego rynku energii prowadzi nas donikąd.

- Energetyka konwencjonalna została całkowicie zliberalizowana. Z małymi wyjątkami, również u nas, poddana jest regułom konkurencji. Natomiast energetyka odnawialna jest promowana. Działa poza systemem energetycznym. W związku z tym, jej produkt wchodzi na rynek energii elektrycznej po cenach zaniżonych. Mamy do czynienia z poważnym problemem - ocenia stan rzeczy prezes Górski.

Dotacje niekonwencjonalne

Dotowanie OZE oznacza, że ich właściciele nie muszą zarabiać tyle, ile by musieli, gdyby nie było dotacji. Mogą więc sprzedawać energię taniej niż inni, ze szkodą dla niedotowanych instalacji konwencjonalnych. Marek Woszczyk, prezes Urzędu Regulacji Energetyki, dostrzega postępujące w Polsce rozszczepienie rynku. Jest ono konsekwencją przypisania OZE systemu wsparcia, który w ostatnich latach był, jego zdaniem, źle adresowany i nadmiarowy.

- Im wyższy poziom wsparcia dla odnawialnych źródeł energii, tym separacja energetyki odnawialnej i konwencjonalnej groźniejsza, bo promowanie OZE powoduje, że hurtowe ceny energii elektrycznej na konkurencyjnym rynku spadają poniżej kosztów ponoszonych przez elektrownie węglowe, a jeszcze bardziej przez gazowe. To zagraża opłacalności inwestowania w energetykę konwencjonalną. A przecież bez niej OZE, ze swą nieprzewidywalną generacją, funkcjonować jednak nie mogą - mówi Marek Woszczyk.

W Polsce system odnawialnych źródeł energii jest stosunkowo słabo rozwinięty. Jeśli pominąć tak zakwalifikowane współspalanie biomasy z węglem, to na koniec 2012 roku ich moc zainstalowana wynosiła niespełna 4,5 tys. MW. Niemniej wygląda na to, że zwłaszcza w warunkach spowolnienia gospodarczego, przyrostu OZE nie sposób bagatelizować.

- Mamy już około 2,5 tys. MW generowanych przez farmy wiatrowe, co przy dobrej pogodzie stanowi niemal równowartość mocy elektrowni Kozienice, czyli największej polskiej elektrowni na węgiel kamienny. - mówi Andrzej Modzelewski, dyrektor ds. strategii i rozwoju RWE Polska. Dodaje przy tym, że energia ze źródeł odnawialnych ma i taki przywilej, że musi być odbierana. - A więc przy spłaszczonym popycie, wypiera z rynku najdroższe elektrownie konwencjonalne i dlatego ceny hurtowe spadają.

W latach 2000-12, w Unii Europejskiej przyrost mocy netto w energetyce wiatrowej wyniósł prawie 97 GW, a w fotowolataice około 69 GW. Szybciej przybywało tylko mocy elektrowni gazowych - 121 GW netto. W ciągu ostatnich dwunastu lat ubyło natomiast w Unii elektrowni jądrowych (minus 14,7 GW), węglowych (minus 13,7 GW) i tych, które wykorzystują ropę naftową (minus 17,4 GW). Strukturalne zmiany są więc zasadnicze, ale jak widać, rozwijają się głównie niestabilne OZE. Jest wiele krajów, które mają u siebie więcej niż Polska wiatraków, o elektrowniach słonecznych w ogóle nie wspominając, i dysponują w związku z tym nieporównywalnie większym od naszego doświadczeniem w postępowaniu z OZE. Na razie jednak one też nie radzą sobie z eksplozją zielonej mocy.

- W Europie Zachodniej, tam gdzie powstało dużo instalacji OZE i gdzie istnieje duża energetyka konwencjonalna, inwestycje w źródła konwencjonalne okazały się nie do końca trafione. Dotyczy to zwłaszcza elektrowni gazowych, które pracują czasem tylko kilka godzin w roku albo w ogóle. W obecnych realiach, koszt zmienny w odniesieniu do paliwa gazowego wynosi ponad 50 euro na megawatogodzinę, a cena energii kształtuje się dużo poniżej tej stawki. Gdyby takie elektrownie miały pracować w oparciu o ceny rynkowe nie zarobiłyby nawet na paliwo - mówi Andrzej Modzelewski.

Dotacje konwencjonalne

Sytuacja jest już tak dalece anormalna, że na mocno nasyconym OZE rynku niemieckim pojawiają się hurtowe ceny ujemne! Szef GDF Suez Energia Polska powiedział nam niedawno, że w Niemczech energia z dostawą na 25 grudnia 2012 roku kosztowała minus 150 euro/ MWh, a w niektórych godzinach poza szczytem nawet minus 220 euro/MWh. Wyjaśniał, że to efekt splotu kilku zdarzeń, takich jak niższe świąteczne zapotrzebowanie na energię przy jednoczesnym wystąpieniu korzystnych dla energetyki wiatrowej i słonecznej warunków pogodowych. W rezultacie powstała wielka nadwyżka podaży mocy nad popytem. Konsekwencje wynikające z takiej sytuacji bywają nieoczekiwane. No bo co to znaczy, że ceny są ujemne?

- To znaczy, że energia momentami staje się odpadem, bo w danym momencie jest jej za dużo. Lepiej jednak dopłacić do jej odbioru, niż wyłączyć zbędną akurat elektrownię. Odstawianie i ponowne włączanie, zwłaszcza dużych elektrowni węglowych, to wielkie koszty, a w przypadku elektrowni atomowej w ogóle nie da się tego zrobić. - mówi Modzelewski.

Energetyka próbuje jakoś się odnaleźć w nowych realiach i szuka sposobów umożliwiających koegzystowanie OZE z jej konwencjonalnym sektorem. Najczęściej poszukuje ich w świecie polityki, czyli tam, gdzie powstał problem nieprzemyślanych do końca regulacji, których stała się zakładnikiem. Grzegorz Górski wyjaśnia, że poszczególne państwa, widząc, co się dzieje, i troszcząc się o bezpieczeństwo dostaw energii, z jednej strony administracyjnie utrudniają wyłączanie elektrowni, a z drugiej wprowadzają opłaty za moc dyspozycyjną.

- Komisja Europejska stwierdziła, że jeśli sytuację puści się na żywioł, to nie powstanie jednolity rynku energii. W każdym bowiem kraju funkcjonował będzie inny system wspierania mocy. W efekcie Komisja, domyślam się, że niechętnie, zajęła się rynkiem mocy. Bo skoro on już powstaje, to lepiej go zharmonizować i ujednolicić po to, żeby energia stała się produktem porównywalnym niezleżnie od tego, gdzie została wytworzona - ocenia Górski.

Komisja Europejska pochyliła się nad rynkiem zdolności wytwórczych jesienią 2012 r. W stosownym komunikacie stwierdziła między innymi, że państwa członkowskie powinny przeanalizować braki w inwestycjach w wytwarzanie energii oraz ich przyczyny. W komunikacie zwraca się też otwarcie uwagę na to, że niektóre z nich już wprowadziły, lub planują wprowadzić, osobne płatności za dostępność mocy wytwórczych, obawiając się, że sam rynek energii nie wykreuje dostatecznie dużego potencjału inwestycyjnego w konwencjonalne moce wytwórcze. Bartłomiej Gurba z Dyrekcji Generalnej ds. Energii KE, w grudniu 2012 roku zapowiedział w Warszawie, że zostanie przygotowane stanowisko Komisji w sprawie rynku zdolności wytwórczych. Andrzej Modzelewski dopowiada, że dyskutowane są dwie możliwości: wykreowanie rynku mocy, czyli płacenie elektrowniom konwencjonalnym za gotowość do pracy, lub zaakceptowanie obecnej sytuacji, czyli de facto godzenie się z tym, by w warunkach sprzyjających OZE, ceny energii były niskie, a w odmiennych realiach na tyle wysokie, by zapewniały opłacalność energetyce konwencjonalnej.

- Osobiście opowiadam się za tym drugim rozwiązaniem, ponieważ promuje ono naprawdę potrzebne, elastyczne źródła energii konwencjonalnej i magazyny energii, których utrzymywanie jest dziś nieopłacalne - mówi Andrzej Modzelewski.

Marek Woszczyk potwierdza: o rynku mocy w Europie faktycznie dyskutuje się coraz częściej, także wśród regulatorów. Uważa więc, że ta dyskusja przybierze kształt konkretnej propozycji KE. Według niego, nastąpi to jednak dopiero przed końcem 2014 roku, bo teraz celem politycznym numer jeden jest wspólnotowy rynek energii.

- Dopóki wyznaczać się będzie cele polityczne w zakresie rozwoju OZE i jedynocześnie zapominać, że tylko konkurencja może zagwarantować dobra po możliwie najniższym koszcie, dopóty zawsze będzie ona ułomna. Jeśli cele będą ustawiane coraz wyżej, to będziemy bez końca poszukiwać drogi do konkurencyjnego rynku energii. A odpowiedzią na jedne regulacje będą kolejne - podsumowuje Marek Woszczyk.

Oby się mylił...

Nowy Przemysł